czwartek, 5 lipca 2012

Rozdział 9


~*~
Jego chłodne dłonie błądziły po mojej szyi. Podniosłem wzrok, spoglądając w ciemnobrązowe oczy chłopaka. Emocje spotęgowane alkoholem krążyły w nas obu. Czułem jego ręce na moim karku oraz owiewające nas zimne, wieczorne powietrze. Drżąc, wypowiedziałem jego imię:

- Jack.

Uśmiechnął się, ale nic nie odpowiedział. Jego zęby błyszczały w świetle księżyca, a w oczach migotały iskierki. Spojrzałem w dół, kontynuując:

- Co robisz? – Wyszeptałem. Dłonie chłopaka znalazły się na moim policzku, zmuszając mnie, abym na niego spojrzał.

Jack przełknął ciężko ślinę, a jego jabłko Adama podskoczyło. Błądził wzrokiem po mojej twarzy, dopóki nasze spojrzenia się nie spotkały.

- Harry, jest coś, co chciałem ci powiedzieć… - Przerwał, rozglądając się nerwowo po niewielkim zaułku, do którego mnie zaciągnął. Zaczynałem się denerwować. Jack  zawsze miał wszystko pod kontrolą. Przy nim naprawdę mogłem czuć się bezpieczny. W końcu był moim najlepszym przyjacielem…

Skinąłem i uniosłem brew w oczekiwaniu. – No dalej.

Spuścił swój wzrok, wzdychając cicho. – Próbuję znaleźć odpowiednie słowa – wymamrotał.

Zachichotałem. – Nigdy nie miałeś z tym problemu, Jack.

Chłopak wypuścił drżący oddech i spojrzał na mnie wzrokiem, którym nigdy wcześniej mnie nie obdarował. – To dlatego, że jestem z tobą.

Moje serce podskoczyło. Spojrzałem na niego z zaciekawieniem, analizując jego słowa. Mogły one znaczyć cokolwiek, jednak czułem, że mój instynkt się nie mylił. Pomimo otaczającego nas chłodnego powietrza, moje palce zaczęły się pocić. Dlaczego?

Może dlatego, że zawsze wiedziałem? Dlatego, że Jack był moim najlepszym przyjacielem, a ja się bałem? Dlatego, że wciąż nie wiedziałem co ja zrobię?

Obserwowałem w skupieniu jego twarz, oczekując, że nagle się uśmiechnie i powie, że żartował, a następnie zaciągnie mnie z powrotem do baru, przed którym staliśmy. Nic takiego jednak się nie wydarzyło – dostrzegłem jedynie w jego oczach szczerość, która rzadko się w nich objawiała.

- Co ty…?

W tamtym momencie mój świat obrócił się do góry nogami. Dłonie Jack’a oplotły moją szyję, zaś jego usta mocno przyciskały się do moich. Moje dłonie zwisały luźno opuszczone po bokach. Byłem sparaliżowany. To był Jack Shane - mój partner w pisaniu, kolega z zespołu, najlepszy przyjaciel…

Oczywiście, był przystojny – wręcz piękny. Posiadał idealnie pasującą do niego sylwetkę, a także osobowość, którą uwielbiałem. Tak, od zawsze mi się podobał, tak jak wszystkim innym, niezależnie od płci.

Ale tego się nie spodziewałem. Wszyscy w zespole, nawet menadżerowie, wiedzieli, w której drużynie grałem, ale Jack? Ten chłopak zawsze posiadał przy swoim boku uroczą dziewczynę. Każdego ranka słyszałem wymykające się z jego pokoju dziewczyny, o czym chłopak nie miał żadnego pojęcia.

Teraz Jack  mnie całował, a mi… Naprawdę mi to nie przeszkadzało.

Miałem ogromną ochotę oddać pocałunek. Bo tak się robi, nie? Kiedy ktoś cię całuje, ty odwdzięczasz się tym samym. Robisz to nawet wtedy, gdy tego nie chcesz. Tak podpowiada instynkt.

Więc zrobiłem to, co nakazywał mi instynkt.

Czułem jak Jack przycisnął swój język do moich ust. Rozszerzyłem wargi, wpuszczając go do środka. Wtedy chłopak pchnął mnie na ścianę i mocno do siebie przycisnął. Na początku cała ta sytuacja wydawała mi się być dziwna, bo całowałem Jack’a mojego najlepszego przyjaciela.
Mimo tego, co czułem, nie mogłem przestać. Nie chciałem tego robić. Przysunąłem się do niego bliżej i otoczyłem ramionami jego szyję. Chciałem, żeby ta chwila trwała wiecznie. Czułem, jakbym wypełnił dużą część siebie – część, o której istnieniu nie miałem pojęcia.

Oczywiście, intymny dotyk, trzymanie się za dłonie oraz inne tego typu rzeczy, zawsze były obecne w naszych stosunkach, ale czy tego nie robi najlepszy przyjaciel? Byłem prawie pewien, że Jack do reszty chłopaków czuł dokładnie to samo - przyjaźń. Więc dlaczego ja? Dlaczego mnie całował?

Ale czy ja sam nie powinienem zadać sobie tego samego pytania? Dlaczego Jack?

Odpowiedź zawsze była dla mnie jasna: to był Jack, to zawsze był Jack.
Nagle poczułem, jak jego usta się ode mnie oderwały, a ciepło otaczającego mnie ciała zniknęło. Otworzyłem oczy i zauważyłem ogromnego mężczyznę, stojącego przede mną. W kieszeni trzymał pistolet, zaś wolną ręką chwycił szyję Jack’a zaciskając go do ściany obok mnie.

- Jack- załkałem

- Nie odzywaj się – zażądał mężczyzna, który był niesamowicie wysoki i umięśniony. W jego twarzy mogłem jedynie dostrzec ciemne oczy, gdyż zakrywała ją czarna kominiarka. Zauważyłem, jak skinął na mnie głową, a później na Jack’a.
Po chwili przy jego boku pojawił się drugi mężczyzna, który chwycił mojego przyjaciela za dłonie i rzucił go na przeciwną ścianę.

- Co mu robisz?! Puszczaj go! – Wrzasnąłem przerażony. Ci mężczyźni wyglądali na niebezpiecznych i gotowych, aby któregoś z nas zabić. Facet naprzeciwko mnie parsknął, robiąc krok w moją stronę.

- Nie martw się o niego. Dostanie dokładnie to, na co zasłużył. – powiedział chłodno, przybliżając się do mnie z każdym kolejnym słowem.

- Nie zasłużył na nic z tego, co mu robicie – odparowałem. Może i byłem najmłodszy w zespole, ale wiedziałem jak się bronić. – Wy za to zasługujecie na to, by iść do piekła.

Wtedy poczułem, jak w moją twarz uderza pięść. Upadłem na ziemię, z trudem otwierając oczy. Chociaż byłem w ogromnym szoku, słyszałem dokładnie każde słowo wypowiadane przez mężczyzn.

- John – powiedział ostro jeden z nich. – Bierz go.

Mężczyzna o imieniu John odezwał się niemal piskliwym głosem. - Którego?

Jego kolega się skrzywił. – Tego geja. Bierz go. Teraz. Nie obchodzi mnie ten drugi.

Moje zmysły momentalnie się wyostrzyły. Geja. Ja byłem gejem. Chcieli mnie złapać. Nie wiedziałem po co, ale byłem przerażony tym, co mężczyzna o imieniu John mógł ze mną zrobić.

Nikt mnie jednak nie złapał. Zamiast tego usłyszałem huk i rozdzierający serce płacz, dochodzący z drugiego końca alejki, który mógł należeć tylko do jednej osoby.

- Jack!! – Krzyknąłem, wyciągając w jego stronę rękę, jakby ten gest miał mnie do niego zbliżyć.

Oczywiście tak się nie stało.

Zacząłem szlochać. Mężczyzna, który jeszcze przed chwilą znajdował się obok mnie, zniknął. Chociaż moje oko napuchło i krwawiło, a wokół panowała ciemność, dostrzegłem cień po drugiej stronie alejki. Mężczyzna o imieniu John kopał i torturował Jack’a, który leżał bezbronnie na ziemi, pozwalając mu się na sobie wyżywać.

Ale za co?

„Tego geja.”

O nie.

Czy to dlatego Jack tak nalegał, żebyśmy znaleźli się w zaułku? Bał się, że zostanie podsłuchany. Dlaczego oni go zaatakowali? Niech zaatakują mnie! Niech wezmą mnie!

Kolejne uderzenie i kolejny krzyk. Dlaczego nikt mu nie pomagał?! Czyżby ludzie niczego nie słyszeli? Znajdowaliśmy się przecież, do cholery, na zewnątrz!

- Przestań! – Krzyknąłem, próbując wstać, ale jakaś siła nie pozwalała mi się unieść.

Kolejny świst przecinającego powietrza, a po nim przerażający wrzask.

- Nie! Przestań! Przestań!

John kopnął go jeszcze raz, po czym złapał za kołnierz, podciągając do góry i rzucając go na przeciwległą ścianę. Szeptał Jack’owi coś do ucha.

- Nie jego! Proszę, nie jego! – Krzyknąłem, ponownie nie otrzymując od nikogo żadnej pomocy. Moje policzki były zalane łzami. Wciąż nie mogłem się podnieść. Siła, która mnie przytrzymywała, była zbyt mocna.

Usłyszałem trzask pistoletu. Jack sapnął głośno, a ja dostrzegłem cień tego urządzenia, który wycelowany był w jego głowę.

- Nie… - Mamrotałem do siebie. – NIE! – Wrzasnąłem. – Proszę, nie. Nie jego. Proszę, weź mnie! WEŹ MNIE!

- Harry!

Obróciłem się w stronę wejścia do uliczki, skąd słyszałem wołanie. Tak! Ktoś szedł na ratunek!

Napastnik nie słyszał wołania i zamiast tego przycisnął pistolet mocniej do skroni Jack’a, który jęknął.

- Nie!

- Harry! – Znów rozbrzmiał znajomy głos. Nie należał do żadnego z chłopaków, ale poznawałem go. Nie mogłem go po prostu zidentyfikować, więc go zignorowałem i zacząłem błagać napastnika:

- Proszę!

- Harry! – Tym razem strzelec usłyszał głos, kierując natychmiast głowę w stronę źródła dźwięku. Jego oczy pociemniały z gniewu, zaś palec wskazujący przesunął się na spust.

- NIE! – Wrzasnąłem, wyciągając rękę, by dosięgnąć Jack’a. Moje serce dudniło w moich uszach. Widziałem jak Jack bierze głęboki wdech i zaciska oczy. Jego usta drżały, a po policzku spłynęła łza.

Po alejce rozniósł się huk wystrzału. Usłyszałem stłumiony dźwięk upadającego martwego ciała i odgłosy uciekającego mężczyzny, który właśnie popełnił morderstwo.

- NIE! – Jęknąłem głośno.

- Harry!

_

Otworzyłem oczy, oddychając w szybkim tempie. Rozejrzałem się po pokoju, w którym się znajdowałem – był jasno oświetlony, ale nie wydawał mi się być znajomy. Starałem się uspokoić swój oddech, chociaż ciągle byłem w szoku spowodowanym moim snem. Kiedy podniosłem swój wzrok, zauważyłem Louis’a, siedzącego na moich biodrach i przytrzymującego moje ramiona, starającego się mnie uspokoić. Skrzywiłem się odrobinę, będąc zirytowany tym, że chłopak próbuje mi pomóc.

Zerknąłem w lewą stronę; Zayn, Niall i Liam także mnie otaczali, a na ich twarzach malowało się zmartwienie.

Spojrzałem na każdego z nich i jęknąłem, czując się nieudolnie. – Co wy tu robicie?

Dłoń Louisa ścisnęła lekko moje ramię. Przeniosłem na niego swój wzrok. Jego twarz wyglądała najgorzej. Nienawidziłem tego. Troska, strach i współczucie. Ugh.

- Ty… Ty spałeś.

Przewróciłem oczami. Moje ręce opadły na kanapę, na której leżałem. Przecież było oczywiste, że spałem. – Najwidoczniej. A ty mnie obudziłeś. Kutas. – Próbowałem zachować zimną krew, jakbym wcale nie świrował z powodu koszmaru, ale chłopacy nie dali się nabrać.

 Rozejrzeli się po sobie nerwowo. Spojrzałem na nich, krzyżując ramiona.

- Na co się wszyscy gapicie? – Warknąłem.

Zanim ktokolwiek się odezwał, zapadła długa cisza. – Krzyczałeś przez sen. – Powiedział cicho Niall, bawiąc się swoimi palcami.

Oddech uwiązł mi w gardle.

Wiedziałem, że ostatnio miewałem te sny. Szczerze mówiąc, było to dla mnie cholernie bolesne. Przeszłość była przeszłością, więc dlaczego musiałem ją przeżywać jeszcze raz w snach?

Na dodatek, to Louis musiał być tym, który mnie uspokajał i dbał o mnie, gdy dopadały mnie koszmary. Ze wszystkich ludzi, to musiał być akurat on. Niepotrzebowałem nikogo, kto by się mną zajmował. Nie potrzebowałem go.

- Wykrzykiwałeś też różne słowa – odezwał się cicho Liam, robiąc krok do przodu i stając obok Louisa, który wciąż trzymał mocno moje ramiona. Zaczynało mi to coraz mniej przeszkadzać.

Potrząsnąłem głową, pozbywając się myśli na temat dłoni Louisa i skupiając na pozostałej trójce chłopaków. – Co mówiłem?

- Myślę, że nie chcesz wiedzieć – wtrącił Zayn.

Też sądziłem, że nie chciałem, ale musiałem to wiedzieć. Może dzięki temu w przyszłości powstrzymałbym się od wypowiadania tych słów.

- Chcę – rzekłem, patrząc na niego.

Zayn westchnął. – Zabroniłeś nam wymawiać jego imię.

Przełknąłem ciężko ślinę, spoglądając kątem oka na Louis’a, który się we mnie wpatrywał. Skinął głową, zgadzając się z Zaynem. Wzruszyłem ramionami.

- Po prostu mi powiedzcie.

Zanim Zayn się odezwał, zerkał co chwilę na mnie i na Louis’a. – Powtarzałeś ciągle imię Jack’a. Krzyczałeś ‘weź mnie, zamiast jego’. Bardzo mnie, nas przestraszyłeś.

Czułem jak moja klatka piersiowa się zaciska. Przepłynęły przeze mnie kolejne emocje – jedne z tych, które starałem się zakopać przez ostatnie dziewięć miesięcy. Poczułem także ponownie ogarniające mnie poczucie winy. Wszystkie rzeczy dotyczące Jack’a oraz tamtej nocy powinny pozostać w mojej głowie. Nie chciałem, żeby ludzie się o mnie martwili, przez co zamartwiałem się jeszcze bardziej.

Wszystko zmieniło się w pieprzony paradoks, z którym nie mogłem sobie poradzić poprzez fizykę kwantową czy… Nieważne, do cholery.

Wypełniało mnie poczucie winy. Czułem to. Sprawiłem zmartwienie moim przyjaciołom. Dla wszystkich byłem największym zmartwieniem. Nie rozumieli, że ich nie potrzebowałem. Naprawdę nie musieli się o mnie martwić.

Louis ponownie ścisnął moje ramię. Kiedy na niego spojrzałem, poczułem jeszcze większy przypływ winy. W mojej głowie odtwarzałem wszystko, co wydarzyło się pomiędzy mną, a Louis’em tamtej nocy, a fakt, iż powiedziałem mu, że żałuję sprawił, że poczułem się jeszcze gorzej.

Ale czego oczekiwał? To była jedna noc. Jedna noc ze mną. Wiedział kim byłem oraz jaki byłem. Chyba nie spodziewał się tęczy i motylków następnego ranka?

Jego kciuk, ocierający się o moją skórę, wysyłał impulsy wzdłuż mojego kręgosłupa, za co natychmiast w myślach się skarciłem. Nie mogłem sobie pozwolić na taką reakcję, na prosty dotyk kogoś, kogo znałem od niedawna. Nie chciałem przywiązywać się do osoby, która tak bardzo przypominała mi kogoś, kogo niedawno straciłem. Oznaczałoby to moją słabość, a ja przecież nigdy nie byłem słaby.

Może wtedy byłem, ale Bóg jeden wie, że już nie jestem tamtą osobą.

Zamknąłem oczy, próbując sobie wyobrazić papierosa i mocnego drinka w mojej dłoni.
Pragnąłem odepchnąć od siebie wszelkie uczucia, winę oraz strach, abym mógł chociaż udawać, że nic mnie nie obchodziło. Nie potrzebowałem niczyjej troski.

Ruchy Louis’a wywołały u mnie lekkie zdrętwienie. Przewróciłem oczami, uśmiechając się pod nosem, po czym przeniosłem wzrok na Zayn’a.

- Yeah, dlatego to nazywa się koszmarem.

Zayn westchnął ciężko, słysząc mój komentarz i pochylił się w moją stronę. Jego głos był niewiele głośniejszy od szeptu. – Powinniśmy o tym porozmawiać…

- Nie – przerwałem. – Nie ma o czym…

- Jest o czym, Harry! – Wykrzyczał, unosząc w górę dłonie. – Wiemy, że przez te dziewięć miesięcy było ci ciężko, ale teraz wcale nie jest lepiej i jeśli z nami nie porozmawiasz…

- NIE MA O CZYM ROZMAWIAĆ! – Wrzasnąłem, wyrywając ramię z uścisku Louisa, który cofnął się do tyłu zaskoczony moją reakcją.

Liam potarł nasadę nosa. Jęknął, próbując się uspokoić. – Harry – zaczął. – Jesteś jedynym, który nie skorzystał z terapii, którą nam polecono. My wszyscy na niej byliśmy i powoli poradziliśmy sobie ze śmiercią Jack’a…

- Nienawidzę, kiedy wymawiasz jego imię – wymamrotałem.

To imię było tematem tabu – nie wolno było go wymawiać w mojej obecności. Nie mogłem znieść tych wszystkich emocji, które z ogromną siłą wyłaniały się z mego wnętrza, gdy tylko słyszałem jego imię. Słowo „Jack” było jakby kluczem, który uwalniał ze mnie wszystko, co było prawdziwe.

- Dlaczego, kurwa, byś miał?! Nie wymawianie jego imienia nie rozwiąże sprawy, Harry. Musisz się z tym zmierzyć wcześniej czy później – wytknął Niall.

- Nie muszę się z niczym zmierzać. To nie problem. Wszyscy przesadzacie. To tylko sen. Każdemu to się zdarza. Muszę o nim zapomnieć. Nie potrzebuję waszej pomocy.

- Nie twierdzimy, że potrzebujesz, Harry. Chcemy ci po prostu pomóc. – Zayn pochylił się i poczochrał moje włosy. – Proszę, Harry.

Szczerość w jego oczach była czymś niesamowitym. Nigdy wcześniej jej nie dostrzegłem. Po tym, jak Jack umarł, Zayn był tym, który najbardziej mnie pilnował. Większość ludzi myślała, że to Liam był Daddy Direction (i przeważnie był, gdyż zawsze upewniał się, że wszystko było ze w porządku), ale to Zayn przywrócił mnie jako tako do normalności. Nie traktował mnie jakbym był załamanym małym chłopcem. Nie podobało mu się to, co robiłem – na przykład palenie, czy nadmierne picie – ale rozumiał, że potrzebowałem tego, by poradzić sobie z dalszym funkcjonowaniem w moim gównianym życiu.

Zayn kiedyś był typowym, nietypowym Bad boy’em w grupie. Teraz przejąłem jego pałeczkę.

Dlatego, kiedy dostrzegłem w jego oczach prawdziwą troskę oraz zmartwienie, ponownie się zorientowałem, że sposób, w jaki się zachowywałem, bardzo go ranił.

Nie zamierzałem jednak zaakceptować niczyjej pomocy. Chciałem udowodnić, że nie byłem słabym chłopcem, za którego wszyscy mnie uważali. Zamierzałem sobie z tym poradzić. Musiałem dać sobie radę, na swój własny sposób.

- Nie chcę twojej pomocy. – Spojrzałem w zmartwione oczy Zayn’a. – Naprawdę jej nie potrzebuję. Mogę zrobić to sam.

- Obserwowaliśmy cię, Harry. Nawet nie próbujesz…

- Wiem – powiedziałem, wzruszając ramionami. – Ale nie możecie mnie do tego zmusić. Po prostu… Pozwólcie zrobić mi to po swojemu, okej?

Zayn otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale wtedy uchyliły się drzwi. Dostrzegłem zza nich głowę jednego z członków ekipy.

- Chłopcy? Za pięć minut koniec przerwy – oznajmiła wysoka blondynka, spoglądając na nasze zmartwione twarze, po czym skinęła głową i zamknęła drzwi.

Niall odchrząknął, a następnie skierował się w ich stronę, ciągnąc Liam’a za koszulkę.

- Widzimy się na scenie, Haz?

Wziąłem głęboki wdech i skinąłem głową. – Jasne, zaraz będę.

Dwóch chłopaków opuściło pokój. Pozostał ze mną tylko Zayn i Louis. Zayn przełknął ciężko ślinę, potrząsając głową.

- Jestem zmęczony tym, w jakim stanie cię widzę, Harry.

- Wiem.

- To nie może trwać wiecznie.

- Wiem – powtórzyłem, uświadamiając sobie o obecności Louis’a. Prawie zapomniałem, że tu był i prawdę mówiąc, nie byłem pewien, czy chcę poznać jego opinię.

Zayn skinął głową i poklepał mnie po ramieniu. – Wiem, że możesz to zrobić. Po prostu musisz zacząć próbować.

Wywróciłem oczami, ale również skinąłem głową, by go zadowolić. – Wiem.

Chłopak obrócił się i zaczął opuszczać pokój, ale zanim zamknęły się za nim drzwi, usłyszałem jak woła – Wstawaj i na próbę!

Przełknąłem ciężko ślinę, ponownie czując rękę Louis’a na swoim ramieniu. Zdałem sobie wtenczas sprawę, że w tym momencie byliśmy całkowicie sami.

Bałem się na niego spojrzeć oraz tego, że mogłem nie dać rady powstrzymać wszystkich kłębiących się we mnie emocji.

Całe szczęście, nie musiałem.

- No cóż, to było interesujące – stwierdził Louis, pocierając swój kark.

Przewróciłem oczami. – Nie sądzę, by to było odpowiednie słowo – odparłem.

- Więc jakbyś to określił?

Zamyśliłem się. – Wysoce niepotrzebne.

Louis wzruszył ramionami i spojrzał na drzwi, uśmiechając się delikatnie. – Po prostu się o ciebie martwią.

- Za bardzo – rzekłem, krzyżując ramiona.

- Dlaczego uważasz to za coś złego? Jesteś szczęściarzem.

- Nieważne.

Louis skinął głową, biorąc to chyba za koniec rozmowy, ponieważ wstał z kanapy i skierował się w stronę drzwi. Gdy tylko położył dłoń na klamce, obrócił się a moją stronę.

- Nadal pracujemy wieczorem nad piosenką?

Oh, jasne, piosenka. – Uh, yeah, pewnie. Po próbie.

Spojrzałem na chłopaka, który uśmiechnął się do mnie, zanim zniknął za drzwiami.

Zadrżałem, gdy usłyszałem trzask zamykanych drzwi. Ten uśmiech był zbyt znajomy.

Jęknąłem, kiedy w mojej głowie pojawił się uśmiech Jack’a. Byli za bardzo do siebie podobni –Jack i Louis. Podobieństwa pomiędzy nimi były niesamowite, wręcz intrygujące. Nie mogłem przestać ich porównywać. W dodatku sposób, w jaki Louis pocałował mnie tamtej nocy… To było niczym deja vu…

Ponownie jęknąłem, przeczesując palcami włosy oraz je ciągnąc.

Nie, było niedobrze.

Zdałem sobie sprawę, że w towarzystwie Louis’a, moje sny z Jack’iem nadal będą mnie prześladować.

Chociaż ten chłopak był martwy, codziennie musiałem spoglądać na jego podobieństwo.

 _________________________________________________________________
Jest tak jak obiecałam :p Cóż by tu mówić. W skrócie wyjaśniła się śmierć Jacka :p Wiem, że rozdział jest nudny tak jak i reszta lae jakoś ostatnio mam blokadę twórczą i coś mi nie idzie pisanie :( Od razu mówię, że następny rozdział będzie dopiero za 10/11 dni bo wyjeżdżam jutro na obóz :( I najprawdopodobniej nie bede miała neta :( Bardzo Was proszę komentujcie. Chcę znać wasze opinie. 
Jeżeli chcecie być informowane o rozdziałach walcie do mnie na gg: 11810344 :) 

1 komentarz:

  1. haj słoneczko. bardzo cie proszę nie dołu mnie tak, bo ja ryczę przy tych rozdzałech.! następny ma być o wiele weselselszy.
    ps: tęskie za Tobą, ale najprawdzopodobniej zobaczymy się dopiero na zbiórce przy autokarze.

    OdpowiedzUsuń