czwartek, 5 lipca 2012

Rozdział 9


~*~
Jego chłodne dłonie błądziły po mojej szyi. Podniosłem wzrok, spoglądając w ciemnobrązowe oczy chłopaka. Emocje spotęgowane alkoholem krążyły w nas obu. Czułem jego ręce na moim karku oraz owiewające nas zimne, wieczorne powietrze. Drżąc, wypowiedziałem jego imię:

- Jack.

Uśmiechnął się, ale nic nie odpowiedział. Jego zęby błyszczały w świetle księżyca, a w oczach migotały iskierki. Spojrzałem w dół, kontynuując:

- Co robisz? – Wyszeptałem. Dłonie chłopaka znalazły się na moim policzku, zmuszając mnie, abym na niego spojrzał.

Jack przełknął ciężko ślinę, a jego jabłko Adama podskoczyło. Błądził wzrokiem po mojej twarzy, dopóki nasze spojrzenia się nie spotkały.

- Harry, jest coś, co chciałem ci powiedzieć… - Przerwał, rozglądając się nerwowo po niewielkim zaułku, do którego mnie zaciągnął. Zaczynałem się denerwować. Jack  zawsze miał wszystko pod kontrolą. Przy nim naprawdę mogłem czuć się bezpieczny. W końcu był moim najlepszym przyjacielem…

Skinąłem i uniosłem brew w oczekiwaniu. – No dalej.

Spuścił swój wzrok, wzdychając cicho. – Próbuję znaleźć odpowiednie słowa – wymamrotał.

Zachichotałem. – Nigdy nie miałeś z tym problemu, Jack.

Chłopak wypuścił drżący oddech i spojrzał na mnie wzrokiem, którym nigdy wcześniej mnie nie obdarował. – To dlatego, że jestem z tobą.

Moje serce podskoczyło. Spojrzałem na niego z zaciekawieniem, analizując jego słowa. Mogły one znaczyć cokolwiek, jednak czułem, że mój instynkt się nie mylił. Pomimo otaczającego nas chłodnego powietrza, moje palce zaczęły się pocić. Dlaczego?

Może dlatego, że zawsze wiedziałem? Dlatego, że Jack był moim najlepszym przyjacielem, a ja się bałem? Dlatego, że wciąż nie wiedziałem co ja zrobię?

Obserwowałem w skupieniu jego twarz, oczekując, że nagle się uśmiechnie i powie, że żartował, a następnie zaciągnie mnie z powrotem do baru, przed którym staliśmy. Nic takiego jednak się nie wydarzyło – dostrzegłem jedynie w jego oczach szczerość, która rzadko się w nich objawiała.

- Co ty…?

W tamtym momencie mój świat obrócił się do góry nogami. Dłonie Jack’a oplotły moją szyję, zaś jego usta mocno przyciskały się do moich. Moje dłonie zwisały luźno opuszczone po bokach. Byłem sparaliżowany. To był Jack Shane - mój partner w pisaniu, kolega z zespołu, najlepszy przyjaciel…

Oczywiście, był przystojny – wręcz piękny. Posiadał idealnie pasującą do niego sylwetkę, a także osobowość, którą uwielbiałem. Tak, od zawsze mi się podobał, tak jak wszystkim innym, niezależnie od płci.

Ale tego się nie spodziewałem. Wszyscy w zespole, nawet menadżerowie, wiedzieli, w której drużynie grałem, ale Jack? Ten chłopak zawsze posiadał przy swoim boku uroczą dziewczynę. Każdego ranka słyszałem wymykające się z jego pokoju dziewczyny, o czym chłopak nie miał żadnego pojęcia.

Teraz Jack  mnie całował, a mi… Naprawdę mi to nie przeszkadzało.

Miałem ogromną ochotę oddać pocałunek. Bo tak się robi, nie? Kiedy ktoś cię całuje, ty odwdzięczasz się tym samym. Robisz to nawet wtedy, gdy tego nie chcesz. Tak podpowiada instynkt.

Więc zrobiłem to, co nakazywał mi instynkt.

Czułem jak Jack przycisnął swój język do moich ust. Rozszerzyłem wargi, wpuszczając go do środka. Wtedy chłopak pchnął mnie na ścianę i mocno do siebie przycisnął. Na początku cała ta sytuacja wydawała mi się być dziwna, bo całowałem Jack’a mojego najlepszego przyjaciela.
Mimo tego, co czułem, nie mogłem przestać. Nie chciałem tego robić. Przysunąłem się do niego bliżej i otoczyłem ramionami jego szyję. Chciałem, żeby ta chwila trwała wiecznie. Czułem, jakbym wypełnił dużą część siebie – część, o której istnieniu nie miałem pojęcia.

Oczywiście, intymny dotyk, trzymanie się za dłonie oraz inne tego typu rzeczy, zawsze były obecne w naszych stosunkach, ale czy tego nie robi najlepszy przyjaciel? Byłem prawie pewien, że Jack do reszty chłopaków czuł dokładnie to samo - przyjaźń. Więc dlaczego ja? Dlaczego mnie całował?

Ale czy ja sam nie powinienem zadać sobie tego samego pytania? Dlaczego Jack?

Odpowiedź zawsze była dla mnie jasna: to był Jack, to zawsze był Jack.
Nagle poczułem, jak jego usta się ode mnie oderwały, a ciepło otaczającego mnie ciała zniknęło. Otworzyłem oczy i zauważyłem ogromnego mężczyznę, stojącego przede mną. W kieszeni trzymał pistolet, zaś wolną ręką chwycił szyję Jack’a zaciskając go do ściany obok mnie.

- Jack- załkałem

- Nie odzywaj się – zażądał mężczyzna, który był niesamowicie wysoki i umięśniony. W jego twarzy mogłem jedynie dostrzec ciemne oczy, gdyż zakrywała ją czarna kominiarka. Zauważyłem, jak skinął na mnie głową, a później na Jack’a.
Po chwili przy jego boku pojawił się drugi mężczyzna, który chwycił mojego przyjaciela za dłonie i rzucił go na przeciwną ścianę.

- Co mu robisz?! Puszczaj go! – Wrzasnąłem przerażony. Ci mężczyźni wyglądali na niebezpiecznych i gotowych, aby któregoś z nas zabić. Facet naprzeciwko mnie parsknął, robiąc krok w moją stronę.

- Nie martw się o niego. Dostanie dokładnie to, na co zasłużył. – powiedział chłodno, przybliżając się do mnie z każdym kolejnym słowem.

- Nie zasłużył na nic z tego, co mu robicie – odparowałem. Może i byłem najmłodszy w zespole, ale wiedziałem jak się bronić. – Wy za to zasługujecie na to, by iść do piekła.

Wtedy poczułem, jak w moją twarz uderza pięść. Upadłem na ziemię, z trudem otwierając oczy. Chociaż byłem w ogromnym szoku, słyszałem dokładnie każde słowo wypowiadane przez mężczyzn.

- John – powiedział ostro jeden z nich. – Bierz go.

Mężczyzna o imieniu John odezwał się niemal piskliwym głosem. - Którego?

Jego kolega się skrzywił. – Tego geja. Bierz go. Teraz. Nie obchodzi mnie ten drugi.

Moje zmysły momentalnie się wyostrzyły. Geja. Ja byłem gejem. Chcieli mnie złapać. Nie wiedziałem po co, ale byłem przerażony tym, co mężczyzna o imieniu John mógł ze mną zrobić.

Nikt mnie jednak nie złapał. Zamiast tego usłyszałem huk i rozdzierający serce płacz, dochodzący z drugiego końca alejki, który mógł należeć tylko do jednej osoby.

- Jack!! – Krzyknąłem, wyciągając w jego stronę rękę, jakby ten gest miał mnie do niego zbliżyć.

Oczywiście tak się nie stało.

Zacząłem szlochać. Mężczyzna, który jeszcze przed chwilą znajdował się obok mnie, zniknął. Chociaż moje oko napuchło i krwawiło, a wokół panowała ciemność, dostrzegłem cień po drugiej stronie alejki. Mężczyzna o imieniu John kopał i torturował Jack’a, który leżał bezbronnie na ziemi, pozwalając mu się na sobie wyżywać.

Ale za co?

„Tego geja.”

O nie.

Czy to dlatego Jack tak nalegał, żebyśmy znaleźli się w zaułku? Bał się, że zostanie podsłuchany. Dlaczego oni go zaatakowali? Niech zaatakują mnie! Niech wezmą mnie!

Kolejne uderzenie i kolejny krzyk. Dlaczego nikt mu nie pomagał?! Czyżby ludzie niczego nie słyszeli? Znajdowaliśmy się przecież, do cholery, na zewnątrz!

- Przestań! – Krzyknąłem, próbując wstać, ale jakaś siła nie pozwalała mi się unieść.

Kolejny świst przecinającego powietrza, a po nim przerażający wrzask.

- Nie! Przestań! Przestań!

John kopnął go jeszcze raz, po czym złapał za kołnierz, podciągając do góry i rzucając go na przeciwległą ścianę. Szeptał Jack’owi coś do ucha.

- Nie jego! Proszę, nie jego! – Krzyknąłem, ponownie nie otrzymując od nikogo żadnej pomocy. Moje policzki były zalane łzami. Wciąż nie mogłem się podnieść. Siła, która mnie przytrzymywała, była zbyt mocna.

Usłyszałem trzask pistoletu. Jack sapnął głośno, a ja dostrzegłem cień tego urządzenia, który wycelowany był w jego głowę.

- Nie… - Mamrotałem do siebie. – NIE! – Wrzasnąłem. – Proszę, nie. Nie jego. Proszę, weź mnie! WEŹ MNIE!

- Harry!

Obróciłem się w stronę wejścia do uliczki, skąd słyszałem wołanie. Tak! Ktoś szedł na ratunek!

Napastnik nie słyszał wołania i zamiast tego przycisnął pistolet mocniej do skroni Jack’a, który jęknął.

- Nie!

- Harry! – Znów rozbrzmiał znajomy głos. Nie należał do żadnego z chłopaków, ale poznawałem go. Nie mogłem go po prostu zidentyfikować, więc go zignorowałem i zacząłem błagać napastnika:

- Proszę!

- Harry! – Tym razem strzelec usłyszał głos, kierując natychmiast głowę w stronę źródła dźwięku. Jego oczy pociemniały z gniewu, zaś palec wskazujący przesunął się na spust.

- NIE! – Wrzasnąłem, wyciągając rękę, by dosięgnąć Jack’a. Moje serce dudniło w moich uszach. Widziałem jak Jack bierze głęboki wdech i zaciska oczy. Jego usta drżały, a po policzku spłynęła łza.

Po alejce rozniósł się huk wystrzału. Usłyszałem stłumiony dźwięk upadającego martwego ciała i odgłosy uciekającego mężczyzny, który właśnie popełnił morderstwo.

- NIE! – Jęknąłem głośno.

- Harry!

_

Otworzyłem oczy, oddychając w szybkim tempie. Rozejrzałem się po pokoju, w którym się znajdowałem – był jasno oświetlony, ale nie wydawał mi się być znajomy. Starałem się uspokoić swój oddech, chociaż ciągle byłem w szoku spowodowanym moim snem. Kiedy podniosłem swój wzrok, zauważyłem Louis’a, siedzącego na moich biodrach i przytrzymującego moje ramiona, starającego się mnie uspokoić. Skrzywiłem się odrobinę, będąc zirytowany tym, że chłopak próbuje mi pomóc.

Zerknąłem w lewą stronę; Zayn, Niall i Liam także mnie otaczali, a na ich twarzach malowało się zmartwienie.

Spojrzałem na każdego z nich i jęknąłem, czując się nieudolnie. – Co wy tu robicie?

Dłoń Louisa ścisnęła lekko moje ramię. Przeniosłem na niego swój wzrok. Jego twarz wyglądała najgorzej. Nienawidziłem tego. Troska, strach i współczucie. Ugh.

- Ty… Ty spałeś.

Przewróciłem oczami. Moje ręce opadły na kanapę, na której leżałem. Przecież było oczywiste, że spałem. – Najwidoczniej. A ty mnie obudziłeś. Kutas. – Próbowałem zachować zimną krew, jakbym wcale nie świrował z powodu koszmaru, ale chłopacy nie dali się nabrać.

 Rozejrzeli się po sobie nerwowo. Spojrzałem na nich, krzyżując ramiona.

- Na co się wszyscy gapicie? – Warknąłem.

Zanim ktokolwiek się odezwał, zapadła długa cisza. – Krzyczałeś przez sen. – Powiedział cicho Niall, bawiąc się swoimi palcami.

Oddech uwiązł mi w gardle.

Wiedziałem, że ostatnio miewałem te sny. Szczerze mówiąc, było to dla mnie cholernie bolesne. Przeszłość była przeszłością, więc dlaczego musiałem ją przeżywać jeszcze raz w snach?

Na dodatek, to Louis musiał być tym, który mnie uspokajał i dbał o mnie, gdy dopadały mnie koszmary. Ze wszystkich ludzi, to musiał być akurat on. Niepotrzebowałem nikogo, kto by się mną zajmował. Nie potrzebowałem go.

- Wykrzykiwałeś też różne słowa – odezwał się cicho Liam, robiąc krok do przodu i stając obok Louisa, który wciąż trzymał mocno moje ramiona. Zaczynało mi to coraz mniej przeszkadzać.

Potrząsnąłem głową, pozbywając się myśli na temat dłoni Louisa i skupiając na pozostałej trójce chłopaków. – Co mówiłem?

- Myślę, że nie chcesz wiedzieć – wtrącił Zayn.

Też sądziłem, że nie chciałem, ale musiałem to wiedzieć. Może dzięki temu w przyszłości powstrzymałbym się od wypowiadania tych słów.

- Chcę – rzekłem, patrząc na niego.

Zayn westchnął. – Zabroniłeś nam wymawiać jego imię.

Przełknąłem ciężko ślinę, spoglądając kątem oka na Louis’a, który się we mnie wpatrywał. Skinął głową, zgadzając się z Zaynem. Wzruszyłem ramionami.

- Po prostu mi powiedzcie.

Zanim Zayn się odezwał, zerkał co chwilę na mnie i na Louis’a. – Powtarzałeś ciągle imię Jack’a. Krzyczałeś ‘weź mnie, zamiast jego’. Bardzo mnie, nas przestraszyłeś.

Czułem jak moja klatka piersiowa się zaciska. Przepłynęły przeze mnie kolejne emocje – jedne z tych, które starałem się zakopać przez ostatnie dziewięć miesięcy. Poczułem także ponownie ogarniające mnie poczucie winy. Wszystkie rzeczy dotyczące Jack’a oraz tamtej nocy powinny pozostać w mojej głowie. Nie chciałem, żeby ludzie się o mnie martwili, przez co zamartwiałem się jeszcze bardziej.

Wszystko zmieniło się w pieprzony paradoks, z którym nie mogłem sobie poradzić poprzez fizykę kwantową czy… Nieważne, do cholery.

Wypełniało mnie poczucie winy. Czułem to. Sprawiłem zmartwienie moim przyjaciołom. Dla wszystkich byłem największym zmartwieniem. Nie rozumieli, że ich nie potrzebowałem. Naprawdę nie musieli się o mnie martwić.

Louis ponownie ścisnął moje ramię. Kiedy na niego spojrzałem, poczułem jeszcze większy przypływ winy. W mojej głowie odtwarzałem wszystko, co wydarzyło się pomiędzy mną, a Louis’em tamtej nocy, a fakt, iż powiedziałem mu, że żałuję sprawił, że poczułem się jeszcze gorzej.

Ale czego oczekiwał? To była jedna noc. Jedna noc ze mną. Wiedział kim byłem oraz jaki byłem. Chyba nie spodziewał się tęczy i motylków następnego ranka?

Jego kciuk, ocierający się o moją skórę, wysyłał impulsy wzdłuż mojego kręgosłupa, za co natychmiast w myślach się skarciłem. Nie mogłem sobie pozwolić na taką reakcję, na prosty dotyk kogoś, kogo znałem od niedawna. Nie chciałem przywiązywać się do osoby, która tak bardzo przypominała mi kogoś, kogo niedawno straciłem. Oznaczałoby to moją słabość, a ja przecież nigdy nie byłem słaby.

Może wtedy byłem, ale Bóg jeden wie, że już nie jestem tamtą osobą.

Zamknąłem oczy, próbując sobie wyobrazić papierosa i mocnego drinka w mojej dłoni.
Pragnąłem odepchnąć od siebie wszelkie uczucia, winę oraz strach, abym mógł chociaż udawać, że nic mnie nie obchodziło. Nie potrzebowałem niczyjej troski.

Ruchy Louis’a wywołały u mnie lekkie zdrętwienie. Przewróciłem oczami, uśmiechając się pod nosem, po czym przeniosłem wzrok na Zayn’a.

- Yeah, dlatego to nazywa się koszmarem.

Zayn westchnął ciężko, słysząc mój komentarz i pochylił się w moją stronę. Jego głos był niewiele głośniejszy od szeptu. – Powinniśmy o tym porozmawiać…

- Nie – przerwałem. – Nie ma o czym…

- Jest o czym, Harry! – Wykrzyczał, unosząc w górę dłonie. – Wiemy, że przez te dziewięć miesięcy było ci ciężko, ale teraz wcale nie jest lepiej i jeśli z nami nie porozmawiasz…

- NIE MA O CZYM ROZMAWIAĆ! – Wrzasnąłem, wyrywając ramię z uścisku Louisa, który cofnął się do tyłu zaskoczony moją reakcją.

Liam potarł nasadę nosa. Jęknął, próbując się uspokoić. – Harry – zaczął. – Jesteś jedynym, który nie skorzystał z terapii, którą nam polecono. My wszyscy na niej byliśmy i powoli poradziliśmy sobie ze śmiercią Jack’a…

- Nienawidzę, kiedy wymawiasz jego imię – wymamrotałem.

To imię było tematem tabu – nie wolno było go wymawiać w mojej obecności. Nie mogłem znieść tych wszystkich emocji, które z ogromną siłą wyłaniały się z mego wnętrza, gdy tylko słyszałem jego imię. Słowo „Jack” było jakby kluczem, który uwalniał ze mnie wszystko, co było prawdziwe.

- Dlaczego, kurwa, byś miał?! Nie wymawianie jego imienia nie rozwiąże sprawy, Harry. Musisz się z tym zmierzyć wcześniej czy później – wytknął Niall.

- Nie muszę się z niczym zmierzać. To nie problem. Wszyscy przesadzacie. To tylko sen. Każdemu to się zdarza. Muszę o nim zapomnieć. Nie potrzebuję waszej pomocy.

- Nie twierdzimy, że potrzebujesz, Harry. Chcemy ci po prostu pomóc. – Zayn pochylił się i poczochrał moje włosy. – Proszę, Harry.

Szczerość w jego oczach była czymś niesamowitym. Nigdy wcześniej jej nie dostrzegłem. Po tym, jak Jack umarł, Zayn był tym, który najbardziej mnie pilnował. Większość ludzi myślała, że to Liam był Daddy Direction (i przeważnie był, gdyż zawsze upewniał się, że wszystko było ze w porządku), ale to Zayn przywrócił mnie jako tako do normalności. Nie traktował mnie jakbym był załamanym małym chłopcem. Nie podobało mu się to, co robiłem – na przykład palenie, czy nadmierne picie – ale rozumiał, że potrzebowałem tego, by poradzić sobie z dalszym funkcjonowaniem w moim gównianym życiu.

Zayn kiedyś był typowym, nietypowym Bad boy’em w grupie. Teraz przejąłem jego pałeczkę.

Dlatego, kiedy dostrzegłem w jego oczach prawdziwą troskę oraz zmartwienie, ponownie się zorientowałem, że sposób, w jaki się zachowywałem, bardzo go ranił.

Nie zamierzałem jednak zaakceptować niczyjej pomocy. Chciałem udowodnić, że nie byłem słabym chłopcem, za którego wszyscy mnie uważali. Zamierzałem sobie z tym poradzić. Musiałem dać sobie radę, na swój własny sposób.

- Nie chcę twojej pomocy. – Spojrzałem w zmartwione oczy Zayn’a. – Naprawdę jej nie potrzebuję. Mogę zrobić to sam.

- Obserwowaliśmy cię, Harry. Nawet nie próbujesz…

- Wiem – powiedziałem, wzruszając ramionami. – Ale nie możecie mnie do tego zmusić. Po prostu… Pozwólcie zrobić mi to po swojemu, okej?

Zayn otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale wtedy uchyliły się drzwi. Dostrzegłem zza nich głowę jednego z członków ekipy.

- Chłopcy? Za pięć minut koniec przerwy – oznajmiła wysoka blondynka, spoglądając na nasze zmartwione twarze, po czym skinęła głową i zamknęła drzwi.

Niall odchrząknął, a następnie skierował się w ich stronę, ciągnąc Liam’a za koszulkę.

- Widzimy się na scenie, Haz?

Wziąłem głęboki wdech i skinąłem głową. – Jasne, zaraz będę.

Dwóch chłopaków opuściło pokój. Pozostał ze mną tylko Zayn i Louis. Zayn przełknął ciężko ślinę, potrząsając głową.

- Jestem zmęczony tym, w jakim stanie cię widzę, Harry.

- Wiem.

- To nie może trwać wiecznie.

- Wiem – powtórzyłem, uświadamiając sobie o obecności Louis’a. Prawie zapomniałem, że tu był i prawdę mówiąc, nie byłem pewien, czy chcę poznać jego opinię.

Zayn skinął głową i poklepał mnie po ramieniu. – Wiem, że możesz to zrobić. Po prostu musisz zacząć próbować.

Wywróciłem oczami, ale również skinąłem głową, by go zadowolić. – Wiem.

Chłopak obrócił się i zaczął opuszczać pokój, ale zanim zamknęły się za nim drzwi, usłyszałem jak woła – Wstawaj i na próbę!

Przełknąłem ciężko ślinę, ponownie czując rękę Louis’a na swoim ramieniu. Zdałem sobie wtenczas sprawę, że w tym momencie byliśmy całkowicie sami.

Bałem się na niego spojrzeć oraz tego, że mogłem nie dać rady powstrzymać wszystkich kłębiących się we mnie emocji.

Całe szczęście, nie musiałem.

- No cóż, to było interesujące – stwierdził Louis, pocierając swój kark.

Przewróciłem oczami. – Nie sądzę, by to było odpowiednie słowo – odparłem.

- Więc jakbyś to określił?

Zamyśliłem się. – Wysoce niepotrzebne.

Louis wzruszył ramionami i spojrzał na drzwi, uśmiechając się delikatnie. – Po prostu się o ciebie martwią.

- Za bardzo – rzekłem, krzyżując ramiona.

- Dlaczego uważasz to za coś złego? Jesteś szczęściarzem.

- Nieważne.

Louis skinął głową, biorąc to chyba za koniec rozmowy, ponieważ wstał z kanapy i skierował się w stronę drzwi. Gdy tylko położył dłoń na klamce, obrócił się a moją stronę.

- Nadal pracujemy wieczorem nad piosenką?

Oh, jasne, piosenka. – Uh, yeah, pewnie. Po próbie.

Spojrzałem na chłopaka, który uśmiechnął się do mnie, zanim zniknął za drzwiami.

Zadrżałem, gdy usłyszałem trzask zamykanych drzwi. Ten uśmiech był zbyt znajomy.

Jęknąłem, kiedy w mojej głowie pojawił się uśmiech Jack’a. Byli za bardzo do siebie podobni –Jack i Louis. Podobieństwa pomiędzy nimi były niesamowite, wręcz intrygujące. Nie mogłem przestać ich porównywać. W dodatku sposób, w jaki Louis pocałował mnie tamtej nocy… To było niczym deja vu…

Ponownie jęknąłem, przeczesując palcami włosy oraz je ciągnąc.

Nie, było niedobrze.

Zdałem sobie sprawę, że w towarzystwie Louis’a, moje sny z Jack’iem nadal będą mnie prześladować.

Chociaż ten chłopak był martwy, codziennie musiałem spoglądać na jego podobieństwo.

 _________________________________________________________________
Jest tak jak obiecałam :p Cóż by tu mówić. W skrócie wyjaśniła się śmierć Jacka :p Wiem, że rozdział jest nudny tak jak i reszta lae jakoś ostatnio mam blokadę twórczą i coś mi nie idzie pisanie :( Od razu mówię, że następny rozdział będzie dopiero za 10/11 dni bo wyjeżdżam jutro na obóz :( I najprawdopodobniej nie bede miała neta :( Bardzo Was proszę komentujcie. Chcę znać wasze opinie. 
Jeżeli chcecie być informowane o rozdziałach walcie do mnie na gg: 11810344 :) 

Rozdział 8


- Ugh.
Przekręciłem się na bok i zacisnąłem oczy, gdyż oślepiło mnie wschodzące słońce.
Moment… słońce?
Słońce nie powinno świecić przez moje okno – nie, jeśli czarne rolety były zasunięte.
Otworzyłem jedno oko, zawieszając spojrzenie na pustych, białych ścianach i otwartej walizce, leżącej na ziemi. Papiery porozrzucane na ziemi oraz brak zapachu dymu sprawiły, że serce opadło mi do żołądka. Po chwili wrzasków ‘okurwa’ w swojej głowie, zdałem sobie sprawę, że to nie był mój pokój.
Przesunąłem rękę nad głowę i lekko podskoczyłem, gdy moja dłoń otarła się o czyjąś miękką skórę. Przekręciłem gwałtownie głowę, by zobaczyć spokojnie śpiącą obok mnie osobę.
Laluś. Potrząsnąłem głową. Nie. Louis. Miał na imię Louis.
Jasne. Louis był w łóżku. Ja byłem w łóżku. Oboje byliśmy w łóżku. Razem. W tym samym czasie.
- Co jest, kurwa? – Wyszeptałem. Podniosłem się trochę za szybko, w efekcie czego poczułem okropne dudnienie w głowie.
- Cholera. – Wymamrotałem, pocierając skronie. Rozejrzałem się dookoła w niedowierzaniu. Co się działo? Dlaczego nie byłem w swoim łóżku, nadal śpiąc? Jak dostałem się do łóżka Louis’a? Co w ogóle robiłem w łóżku tego chłopaka?!
Znów potarłem skronie, gdy ból rozszedł się w mojej głowie. Jęknąłem cicho, ale natychmiast zamilkłem, bo chłopak przekręcił się w śnie. Poczułem jak jego noga przycisnęła się do mojej. Zadrżałem na ten kontakt.
- Cholera. – Wymamrotałem na wydechu.
Potrząsnąłem głową i kontynuowałem masowanie swoich skroni. Wziąłem głęboki wdech, przymykając oczy. – Myśl, Harry, co zdarzyło się zeszłej nocy? – Wyszeptałem do siebie.
Ponownie rozejrzałem się po pokoju. Sądząc po wpół opróżnionej szklance whiskey, leżącej na stoliku, musiałem być kompletnie zalany.
Nie było w tym jednak nic zaskakującego: 90% moich wyskoków było spowodowanych pijaństwem.
Zmusiłem się do skupienia na wczorajszych wydarzeniach: Louis i ja poszliśmy na drinki. On płacił. Cholera, tak, on.
Wróciliśmy do mieszkania. Nalałem kolejnego drinka. Wtedy coś się wydarzyło.
Poczułem coś dziwnego w swoim brzuchu. Tak jakby coś w nim, kurwa,trzepotało. To było dziwne uczucie.
Wiedziałem, co to było. Już wcześniej mi się to przydarzyło. Dawno temu. Nie mogłem ponownie na to pozwolić. Szczególnie, jeśli chodziło o Louis’a. Zbyt dużo złych rzeczy działo się, kiedy uczucia przysłaniały moje poglądy. Nie. To nie mogło się powtórzyć.
- Zbierz się do kupy, kretynie. Myśl! – Wymamrotałem znów, pochylając się do przodu i chowając twarz w dłoniach.
Poczułem jak Louis ponownie się porusza, tym razem przekręcając się w moją stronę. Śledziłem wzrokiem jego rysy: rzęsy, wyglądające, jakby były pociągnięte maskarą, kości policzkowe, uwydatniające smukłość jego twarzy oraz jego jasne włosy, które wydawały się sterczeć w moja stronę z jakiegoś dziwnego powodu, który podświadomie znałem, ale odmawiałem sobie przyznać. Widziałem jego ramiona i szyję, które bardziej się odsłoniły, gdy okrywająca go pościel się zsunęła.
Mój wzrok utknął na jego szyi i zauważyłem ogromnej wielkości, ciemny ślad. Moje brwi powędrowały do góry, zastanawiając się, co to do cholery jest. Przyjrzałem się bliżej i zauważyłem, że był to siniak.

Ze śladami zębów, dookoła fioletowo-niebieskiej plamy.
Wtedy moje serce naprawdę spadło w dół.
Nie.
Nie.
Nie.
- O mój Boże. Kurwa! Cholera.
Flirtowałem z Louis’em.
Wspomnienia zaczęły powracać: sposób, w jaki na mnie patrzył zeszłej nocy, gdy byliśmy w kuchni oraz w jaki ja prawdopodobnie zerkałem w jego kierunku. Głupi ja, całujący jego ramię i wtedy… Wtedy…
Pocałowałem go. Pocałowałem go i pozwoliłem, aby on pocałował mnie. Jeśli dobrze pamiętam, Louis nie miał problemu z oddaniem tej pieszczoty.
Byliśmy do siebie niemalże przyklejeni, wchodząc po schodach, a następnie do jego pokoju. Pamiętam jak popchnąłem go na łóżko – usiadłem na nim. O mój Boże… Uwiodłem go.
- Cholera.
Potrzebowałem pieprzonego papierosa.
Wstałem i zacząłem krążyć po pokoju, szarpiąc swoje włosy oraz przecierając twarz rękoma.
- Co jest, kurwa?! – Krzyknąłem do siebie.
Poczułem nagle podmuch w dolnych częściach swojego ciała. Opuściłem powoli wzrok, przygotowując się na kolejny horror.
Byłem, kurwa, nagi.
Ja pierdolę.
Chuj. Kurwa. Pizda. Szmata.
Byłem nagi.
Czy, czy my…?
- Nie. – Powiedziałem do siebie. – Oczywiście, że nie. Zawsze śpię nago. To nic nowego. – To była prawda - niezależnie od tego, czy spałem sam, czy z którymś z chłopaków. Ubrania nigdy nie wchodziły w grę, jeśli chodziło o spanie.
Wracając do tematu, Louis obrócił się we śnie, pokazując swoje plecy, na których było więcej mniejszych siniaków.
Jęknąłem i podszedłem do łóżka, siadając na nim i chwytając kołdrę. Zamknąłem oczy, przygotowując się na najgorsze, a następnie uniosłem przykrycie, zaglądając pod spód, by spojrzeć na bieliznę Louisa.
Miał na sobie te same bokserki, które posiadał zeszłej nocy.
Westchnąłem z ulgą i oparłem głowę o zagłówek. Po chwili jednak drgnąłem, czując zalewający mnie żal.
Cholera, dlaczego się nie przespaliśmy? Ja jestem przystojnym facetem. Louis też nie jest zły. Więc w czym był problem? To przeze mnie? Czy przez niego?
Spojrzałem na śpiącego mężczyznę, a następnie przewróciłem oczami, myśląc o jego osobowości.
Nie, oczywiście, że to nie przeze mnie. Nigdy nie przepuściłbym dobrego pieprzenia. Niezależnie od tego, z kim bym to zrobił oraz jak bardzo byłbym zalany.
To musiało być jego wina. Dobry chłopak – pieprzony, dobry samarytanin. Prawiczek. Pewnie powstrzymał mnie, albo siebie, zanim jakiekolwiek ubrania opadły.
Tak, pewnie tak to się potoczyło.
Z zamyślenia wyrwał mnie głośny dzwonek dochodzący z mojej sypialni. Spojrzałem szybko na Louis’a, upewniając się, że ten wciąż śpi, zanim wszedłem do swojego pokoju. Podniosłem stos ubrań, które leżały na podłodze i odrzuciłem je na bok. Odebrałem szybko telefon, bez patrzenia na identyfikację nadawcy, tylko po to, by uciszyć irytujący dzwonek.

- Co? – Warknąłem automatycznie do telefonu, starając się mówić cicho pomimo, że mój pokój znajdował się kilka dobrych metrów od Louis’a.
- Zaczęła się apokalipsa? Harry Styles odbiera swój telefon? Świat naprawdęmusi zmierzać ku końcowi.
Przewróciłem oczami, słysząc znajomy głos na drugim końcu linii. – Czemu zawdzięczam tę przyjemność, wujku Simon’ie?
Usłyszałem jak Simon wzdycha i poczułem zalewającą mnie falę winy. Wiedziałem, że moje relacje z Simon’em dramatycznie zmieniły się w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy i ja również się zmieniłem. Z tą zmianą pojawiła się u mnie zdolność do zakopywania swoich emocji i zastępowania ich zimną maską, a także emocjonalnością godną łyżeczki.
Łatwiej było zapobiegać bólowi, z którym sobie nie radziłem.
Simon odchrząknął i kontynuował. – Piosenka.
W mojej głowie pojawiła się pustka. – Jaka piosenka?
- Piosenka, którą ty i Louis mieliście napisać. – Powiedział Simon. W jego głębokim głosie słychać było natarczywość.
Nagle załapałem. – Oh, jasne. To. – Myśl o piosence nie przyszła mi do głowy, odkąd otrzymaliśmy to zadanie. Głównie dlatego, że było ono proste i nie wymagało zbyt wiele myślenia.
Inna część mnie nie myślała o pisaniu utworu, ponieważ nie chciałem go napisać. Pisanie tekstów było dla mnie jak oddychanie, jednak zawsze miałem do tego partnera.
Więc jeśli pisanie jest jak oddychanie, a ja potrzebowałem partnera – którego nie miałem – jak mogłem cokolwiek stworzyć?
Odpowiedź? Nie mogłem.
Dlaczego zapomniałem o piosence?
- Tak. Jak idzie? – Zapytał Simon z nutą nadziei w głosie. Wiedziałem, że miał na myśli nie tylko piosenkę – pytał też o mieszkanie z Louis’em.
Potarłem kark, a następnie spojrzałem na Louisa przez otwarte drzwi. Moje serce natychmiast zaczęło szybciej bić.
Zmarszczyłem brwi, zmuszając się do zastąpienia łaskoczącego uczucia w swoim brzuchu czymś innym. Czymś, co mogłem bez problemu skierować w stronę Simon’a.
Irytacją.
Sobą? Rzadko. Simon’em? Zawsze.
- W porządku. To tylko piosenka. Mogę ją napisać przez sen! Nie masz się co spinać. – Powiedziałem przekonywująco.
- Więc dlaczego nie dotarły do mnie pierwsze szkice? Powinieneś ją napisać razem z Louis’em. – Przypomniał mi.
Przewróciłem oczami. Moje ego zaczynało mną kierować. Jasne, Louis był znany jako dobry tekściarz, ale nigdy nie widziałem na to żadnego dowodu. Simon wydawał się mieć moc do brania nieznanych ludzi i przekształcania ich w światowe pop gwiazdy.
W końcu to właśnie zrobił z One Direction.
- Mam lepsze i bardziej interesujące rzeczy, niż pisanie piosenki z Louis’em, którego doświadczenie jest równe zeru. – Gdy rzuciłem ten komentarz, znów zalało mnie poczucie winy i tym razem trudniej było mi je zignorować. Dlatego, że obrażałem Louis’a? Przez to, co się wydarzyło, albo nie wydarzyło, z nim zeszłej nocy?
Potrząsnąłem głową. Niezależnie do tego, skąd to się wzięło, musiałem się tegopozbyć. Musiałem zakopać to w sobie tak głęboko, żebym nie wiedział o jegoistnieniu. Rozejrzałem się gwałtownie dookoła i zauważyłem paczkę papierosów oraz zapalniczkę.
Sięgnąłem po rzeczy, a następnie pokierowałem się na dół po schodach. Wyszedłem na zewnątrz, wciąż kontynuując rozmowę z Simon’em. – Musisz wiedzieć, że Louis wygrał kilka różnych konkursów tekściarskich, a na przesłuchaniu pojawił się z piosenką, którą napisał!
Wyciągnąłem papierosa z paczki i zapaliłem go, zaciągając się nim głęboko i wypuszczając chmurę gęstego, ciemnego dymu. Uśmiechnąłem się do siebie, pozwalając, by dym wypełnił moje ciało, wydmuchując przez filtr wszystkie swoje emocje.
Czy to znowu była wina?
- Nie obchodzi mnie co zrobił. – Rzuciłem. – Niczego mi nie udowodnił, więc w moich oczach wciąż jest amatorem.
Simon jęknął. – Ciężko cię przekonać.
- To coś złego?
Simon zamilkł na chwilę. – To czyni cię irytującym.
Parsknąłem. – Czyż nie zawsze taki byłem?
Odpowiedź Simon’a przyszła szybciej niż się spodziewałem, bez zawahania. – Nie, nie byłeś.
Wiedziałem, że wpadłem. Mój sarkazm przeważnie zaginał chłopaków, ale wciąż nie byłem w stanie pobić Simon’a. Znał mnie zbyt dobrze. To nie tak, że chłopcy mnie nie znali tak jak on, ale Simon obserwował mnie, gdy stawałem się tym, kim jestem teraz. Reszta chłopców interesowała się tylko sobą. Simon zaś widział wszystko i wszystkich.
Wziąłem głęboki wdech i strzepałem papierosa. – No cóż, rzeczy się zmieniają.
- Jak ludzie? – Dokończył Simon sfrustrowanym tonem.
- Dokładnie. – Powiedziałem, uśmiechając się kącikiem ust, gdyż słowa te skojarzyły mi się z Zayn’em.
- Słuchaj. Niezależnie od tego, czy się zmieniłeś, czy nie, piosenka musi być napisana. Jedną rzecz wiem na pewno – nie przestałeś kochać pisać utworów.
Moje serce opadło – to była prawda, nie przestałem. To była część mnie. Pisanie piosenek stanowiło jeden z powodów, dla którego bycie w One Direction wciąż było rzeczą, która chociaż w minimalnym stopniu mnie uszczęśliwiała.
- Do czego zmierzasz? – Zapytałem zirytowany.
- Piosenka musi być napisana do końca miesiąca. Dzisiaj jest czternasty, dlatego musi być skończona w dwa tygodnie.
Wypuściłem z ust kolejny obłok dymu. – Z jakiej okazji? – Zapytałem.
- Waszego pierwszego występu z Louis’em. Napiszesz z nim piosenkę, a on ją wykona. To dla niego świetne wprowadzenie.
- Więc dlaczego on jej nie napisze?! Jeśli jest taki wspaniały, niech sam to zrobi! To jego utwór, więc dlaczego ja mam pomagać?
- Ponieważ, Harry, jesteś liderem tej grupy, niezależnie od tego, czy w to wierzysz, czy nie. Fani cię szanują i wiedzą, że napisałeś wiele piosenek na ostatni album. Będą tego po tobie oczekiwać. Posiadasz również ogromny talent. Z waszej współpracy może wyjść świetna piosenka.
Jęknąłem, pocierając skronie. Naprawdę nie miałem teraz ochoty sprzeczać się z Simon’em – mój papieros się wypalał, a w moim mieszkaniu był półnagi facet, który teraz pewnie zastanawiał się, gdzie, do cholery, się podziewałem. Zdając sobie sprawę, że wcale nie chciałem wracać do mieszkania, wiedziałem, że lepiej stawić czoło Louis’owi niż kontynuować sprzeczkę z Simon’em przez telefon.
- Dobra. Nieważne. Napiszę ją z nim pod koniec tygodnia, ale tylko tym razem, jasne?
Simon wahał się, jakby nie chciał zgodzić się na moje żądanie. Jednak wiedziałem, że, podobnie jak ja, wcale nie miał ochoty kontynuować tej rozmowy.
- Świetnie. Przefaksuj mi ją, gdy skończycie.
- Dobra.
Kiedy usłyszałem po drugiej stronie sygnał, również się rozłączyłem.
Wsadziłem swój telefon do kieszeni i zaciągnąłem się ostatni raz papierosem, po czym rzuciłem go na ziemię i przydreptałem. Obróciłem się na pięcie i wszedłem do mieszkania.
Nie chciałem myśleć o pisaniu tej cholernej piosenki z Louisem, który wciąż spał półnagi, pokryty na całym ciele malinkami, będącymi moim dziełem.
Otworzyłem drzwi tak cicho jak tylko potrafiłem i zamknąłem je w ten sam sposób, próbując nie obudzić Louisa. Wiedziałem, że konfrontacja była nieunikniona, gdyż mieszkaliśmy w jednym mieszkaniu, ale chciałem opóźnić ten moment, jak tylko mogłem.
- Uh, hej.
Na dźwięk głosu Louis’a, odwróciłem w jego kierunku głowę, napotykając spojrzenie chłopaka. Pewnie myślał, że się w niego wpatrywałem. Szczerze mówiąc, nie takie były moje intencje, jednak nie potrafiłem się powstrzymać.
Odurzenie alkoholem do stopnia czarnej dziury w pamięci i widok Louisa, śpiącego w łóżku, nie dało się porównać wcześniej do niczego.
Louis był dosyć przystojny. To była obiektywna opinia.
Był trochę niższy ode mnie. Posiadał subtelny tors, któremu wciąż mogłem się przyglądać, bo nie miał na sobie koszulki. Jego ramiona do niego pasowały. Usta miał niepewnie zaciśnięte, jego wydatna szczęka prowokowała, by ją złapać, a sterczące po nocy włosy wcale nie były mniej kuszące.
Wstałem i odchrząknąłem. – Hej.
Nie odezwał się, tylko wpatrywał we mnie, pustą od emocji twarzą, co było dziwne, jak na niego. Cisza, wokół nas panująca, zaczęła mi przeszkadzać, dlatego zdecydowałem się ją przerwać.
- Jak ci się spało? – Zapytałem głupio, kompletnie bez sensu. Flirtowanie z tym chłopakiem też nie było dla mnie czymś normalnym.
Louis uśmiechnął się do mnie leniwie, a następnie skierował się do kuchni, przeszukując szafki, w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. – W porządku, a tobie?
Skinąłem głową. – Sypiałem lepiej.
Louis uśmiechnął się pod nosem. – Jestem pewien.
Mruknąłem i usiadłem na krześle, obserwując uważnie każdy ruch Louisa. Wciąż widziałem malinki na jego szyi. Wziąłem głęboki wdech.
Równie dobrze mogłem mieć to już za sobą.
- Więc, em, przepraszam za, uh…
- Za co? – Zapytał Louis urażonym tonem. – Jeśli mówisz o zeszłej nocy, no cóż. - Przerwał – Ja nie żałuję.
Moje źrenice rozszerzyły się ze zdziwienia. – Ty nie żałujesz. – Stwierdziłem z pytającym tonem.
- Nie. Nie żałuję.
- Dlaczego? – Zapytałem, biorąc, ku mojemu zaskoczeniu, drżący wdech. Czy ja… Denerwowałem się odpowiedzią?
Mój Boże.
- Ponieważ… – Zaczął nonszalancko, nalewając sobie kubek wody. – Ja… Po prostu nie, nie wiem. Nie żałuję.
- Humph. – Mruknąłem głupio.
- A ty? – Zapytał wyczekująco Louis.
- Co?
- Żałujesz tego?
- Ja… - Naprawdę nie wiedziałem. Czy żałowałem, że miałem obok siebie osobę, której potrzebowałem? Nie. Czy żałowałem, że uczyniłem Louisa tą osobą – wykorzystując go dla swoich potrzeb i lęków?
Moje serce przyśpieszyło. Poczułem, jak oblała mnie fala winy. Tak, żałowałem tego.

W dodatku fakt, że był to Louis. Pomimo tego, jak bardzo go przeklinałem, prawdopodobnie go przerażałem i miałem ochotę wyrwać te jego idealne włosy – nie oznaczało, że na to naprawdę zasługiwał. Zdawałem sobie sprawę z tego, że nie powinienem robić mu piekła, gdy przyjechał. Nie potrafiłem nic na to poradzić. Wiedziałem, że go krzywdzę, mimo, że tego nie lubiłem. Świadomość, że go raniłem, była czymś okropnym.
Ludzie mieli o mnie takie wyobrażenie – dla nich byłem czarnym charakterem, złym chłopcem, czy też innym gównem. Tabloidy zawsze kreowały mnie na okropną osobę, która pije, przeklina i gnębi ludzi.
To była prawda. Zmieniłem się w potwora. Pomimo tego, że zachowywałem się jakbym nie miał serca, wiedziałem, że je posiadam. Ono zawsze tam było. Bicie w mojej piersi, gdy siedziałem w ciemnościach swojego pokoju, stale przypominało mi, że mam cholerne serce. Nienawidziłem go.
Dlatego, że przez ostatnie dziewięć miesięcy było okropnie roztrzaskane.
Wolałbym je wyrzucić, niż trzymać w sobie strzępki, których nikt nie mógł pozbierać.
Louis intensywnie się we mnie wpatrywał. Mógłbym mu łatwo o wszystkim powiedzieć oraz być z nim szczery. Zresztą o to mi chodziło, nie? To jednak było za proste. Proste, ale jednocześnie ciężko było mi być z nim szczerym, skoro ledwo ufałem sobie.
Musiałem powiedzieć Louisowi prawdę, chociaż wiedziałem, że ta szczerość go zrani.
- Tak.
Tak jak przewidziałem, jego twarz pobladła, a klatka piersiowa opadła, jakby ktoś go uderzył.
- Oh. – Wydyszał w końcu.
- Yeah. – Powiedziałem ostatecznie.
Otworzył usta, chcąc coś dodać, ale po chwili je zamknął. Wiedziałem, że myśli nad tym, co powiedzieć. Jego twarz była niczym ekran – przecinały ją wszystkie wypełniające go emocje.
Zamknął usta, po czym znowu je otworzył, w końcu znajdując słowa:
- Po prostu pomyślałem…
Przerwał, co mnie sfrustrowało. Jeśli chciał coś powiedzieć, Jezu Chryste, dlaczego nie mógł tego zrobić?! Czego ode mnie oczekiwał? Czego ode mnie chciał? Uniosłem głos, chociaż nie miałem tego w zamiarach. Nie potrafiłem jednak inaczej się wyrazić.
- Pomyślałeś, co? – Zapytałem szorstko. – Nic się nie zmieniło. Powygłupialiśmy się, owszem, ale to nie znaczy, że zostaniemy kumplami… Czy coś. – Dokończyłem szybko.
Widziałem w oczach Louisa ból. W tym samym momencie poczułem ukłucie w klatce piersiowej. Moje palce zacisnęły się w mojej kieszeni, natrafiając na paczkę papierosów. Louis westchnął głęboko i spojrzał z rezygnacją w dół.
Tak, naprawdę potrzebowałem papierosa. Musiałem to zakopać.
Zakopać uczucia. Zakopać winę… Czy jakkolwiek nazywało się to nowe uczucie, którego nie potrafiłem zidentyfikować.
- Nieważne. – Powiedział w końcu Louis, unosząc głowę i posyłając mi wąski uśmiech. – Idę, um, wziąć prysznic i wtedy…
Jęknąłem sfrustrowany. – Ugh, czekaj. – Szczerzę mówiąc, nie chciałem żeby wychodził. Niezależnie od tego, jak bardzo nie miałem ochoty na rozmowę z nim o tym, co się między nami wydarzyło, nie chciałem, żeby odszedł.
- Yeah? – Zapytał Louis.
Cholera. Poczułem w głowie pustkę. Co miałem teraz, do cholery, powiedzieć?Oh, Louis. Proszę, nie odchodź. Po prostu samolubnie chcę być w twojej obecności, żebym nie czuł się już więcej samotny. Chcę być znowu z kimś. Tęsknię za kimś u mojego boku.
Yeah, pieprzyć to.
- Simon dzwonił. – Powiedziałem. – Tak, dzwonił. Mówił, że musimy popracować nad piosenką. Kiedy jesteś wolny? – Zapytałem szybko.
Louis z rozbawieniem uniósł brew. – Mamy ten sam grafik, Harry. Robimy wszystko z chłopakami, pamiętasz?
Chryste.
- Ha. Jasne. Więc wieczorem?
Odchrząknął i skinął głową, posyłając mi kolejny słaby uśmiech. – Jasne.
Śledziłem go wzrokiem, gdy szedł w stronę schodów. Kiedy znalazł się poza zasięgiem mojego wzroku, przetarłem twarz dłońmi.
Co ja, do cholery, wyprawiałem?
 _______________________________________________________
Na wstępie chciałam przeprosić was za to, że tak długo nie dodawałam, ale byłam u cioci i nie miałam neta -.- Ale dzisiaj jako przeprosiny dodam dwa rozdziały! 9 dodam wieczorem bo muszę jeszcze skończyć ale obiecuję, że dzisiaj się pojawi! <3 Przeczytałeś----->skomentuj.