~*~
Jego
chłodne dłonie błądziły po mojej szyi. Podniosłem wzrok, spoglądając w
ciemnobrązowe oczy chłopaka. Emocje spotęgowane alkoholem krążyły w nas obu.
Czułem jego ręce na moim karku oraz owiewające nas zimne, wieczorne powietrze.
Drżąc, wypowiedziałem jego imię:
- Jack.
Uśmiechnął
się, ale nic nie odpowiedział. Jego zęby błyszczały w świetle księżyca, a w
oczach migotały iskierki. Spojrzałem w dół, kontynuując:
- Co
robisz? – Wyszeptałem. Dłonie chłopaka znalazły się na moim policzku, zmuszając
mnie, abym na niego spojrzał.
Jack
przełknął ciężko ślinę, a jego jabłko Adama podskoczyło. Błądził wzrokiem po
mojej twarzy, dopóki nasze spojrzenia się nie spotkały.
- Harry,
jest coś, co chciałem ci powiedzieć… - Przerwał, rozglądając się nerwowo po niewielkim
zaułku, do którego mnie zaciągnął. Zaczynałem się denerwować. Jack zawsze miał wszystko pod kontrolą. Przy nim
naprawdę mogłem czuć się bezpieczny. W końcu był moim najlepszym przyjacielem…
Skinąłem
i uniosłem brew w oczekiwaniu. – No dalej.
Spuścił
swój wzrok, wzdychając cicho. – Próbuję znaleźć odpowiednie słowa – wymamrotał.
Zachichotałem.
– Nigdy nie miałeś z tym problemu, Jack.
Chłopak
wypuścił drżący oddech i spojrzał na mnie wzrokiem, którym nigdy wcześniej mnie
nie obdarował. – To dlatego, że jestem z tobą.
Moje
serce podskoczyło. Spojrzałem na niego z zaciekawieniem, analizując jego słowa.
Mogły one znaczyć cokolwiek, jednak czułem, że mój instynkt się nie mylił.
Pomimo otaczającego nas chłodnego powietrza, moje palce zaczęły się pocić.
Dlaczego?
Może
dlatego, że zawsze wiedziałem? Dlatego, że Jack był moim najlepszym
przyjacielem, a ja się bałem? Dlatego, że wciąż nie wiedziałem co ja zrobię?
Obserwowałem
w skupieniu jego twarz, oczekując, że nagle się uśmiechnie i powie, że żartował,
a następnie zaciągnie mnie z powrotem do baru, przed którym staliśmy. Nic
takiego jednak się nie wydarzyło – dostrzegłem jedynie w jego oczach szczerość,
która rzadko się w nich objawiała.
- Co ty…?
W tamtym
momencie mój świat obrócił się do góry nogami. Dłonie Jack’a oplotły moją
szyję, zaś jego usta mocno przyciskały się do moich. Moje dłonie zwisały luźno
opuszczone po bokach. Byłem sparaliżowany. To był Jack Shane - mój partner w
pisaniu, kolega z zespołu, najlepszy przyjaciel…
Oczywiście,
był przystojny – wręcz piękny. Posiadał idealnie pasującą do niego sylwetkę, a
także osobowość, którą uwielbiałem. Tak, od zawsze mi się podobał, tak jak
wszystkim innym, niezależnie od płci.
Ale tego
się nie spodziewałem. Wszyscy w zespole, nawet menadżerowie, wiedzieli, w
której drużynie grałem, ale Jack? Ten chłopak zawsze posiadał przy swoim boku
uroczą dziewczynę. Każdego ranka słyszałem wymykające się z jego pokoju
dziewczyny, o czym chłopak nie miał żadnego pojęcia.
Teraz Jack mnie całował, a mi… Naprawdę mi to nie
przeszkadzało.
Miałem
ogromną ochotę oddać pocałunek. Bo tak się robi, nie? Kiedy ktoś cię całuje, ty
odwdzięczasz się tym samym. Robisz to nawet wtedy, gdy tego nie chcesz. Tak
podpowiada instynkt.
Więc
zrobiłem to, co nakazywał mi instynkt.
Czułem
jak Jack przycisnął swój język do moich ust. Rozszerzyłem wargi, wpuszczając go
do środka. Wtedy chłopak pchnął mnie na ścianę i mocno do siebie przycisnął. Na
początku cała ta sytuacja wydawała mi się być dziwna, bo całowałem Jack’a
mojego najlepszego przyjaciela.
Mimo
tego, co czułem, nie mogłem przestać. Nie chciałem tego robić. Przysunąłem się do
niego bliżej i otoczyłem ramionami jego szyję. Chciałem, żeby ta chwila trwała
wiecznie. Czułem, jakbym wypełnił dużą część siebie – część, o której istnieniu
nie miałem pojęcia.
Oczywiście,
intymny dotyk, trzymanie się za dłonie oraz inne tego typu rzeczy, zawsze były
obecne w naszych stosunkach, ale czy tego nie robi najlepszy przyjaciel? Byłem
prawie pewien, że Jack do reszty chłopaków czuł dokładnie to samo - przyjaźń.
Więc dlaczego ja? Dlaczego mnie całował?
Ale czy
ja sam nie powinienem zadać sobie tego samego pytania? Dlaczego Jack?
Odpowiedź
zawsze była dla mnie jasna: to był Jack, to zawsze był Jack.
Nagle
poczułem, jak jego usta się ode mnie oderwały, a ciepło otaczającego mnie ciała
zniknęło. Otworzyłem oczy i zauważyłem ogromnego mężczyznę, stojącego przede
mną. W kieszeni trzymał pistolet, zaś wolną ręką chwycił szyję Jack’a
zaciskając go do ściany obok mnie.
- Jack-
załkałem
- Nie odzywaj
się – zażądał mężczyzna, który był niesamowicie wysoki i umięśniony. W jego
twarzy mogłem jedynie dostrzec ciemne oczy, gdyż zakrywała ją czarna
kominiarka. Zauważyłem, jak skinął na mnie głową, a później na Jack’a.
Po chwili
przy jego boku pojawił się drugi mężczyzna, który chwycił mojego przyjaciela za
dłonie i rzucił go na przeciwną ścianę.
- Co mu
robisz?! Puszczaj go! –
Wrzasnąłem przerażony. Ci mężczyźni wyglądali na niebezpiecznych i gotowych,
aby któregoś z nas zabić. Facet naprzeciwko mnie parsknął, robiąc krok w moją
stronę.
- Nie
martw się o niego. Dostanie dokładnie to, na co zasłużył. – powiedział
chłodno, przybliżając się do mnie z każdym kolejnym słowem.
- Nie zasłużył na nic z tego, co mu robicie –
odparowałem. Może i byłem najmłodszy w zespole, ale wiedziałem jak się bronić.
– Wy za to zasługujecie na to, by iść do piekła.
Wtedy
poczułem, jak w moją twarz uderza pięść. Upadłem na ziemię, z trudem otwierając
oczy. Chociaż byłem w ogromnym szoku, słyszałem dokładnie każde słowo wypowiadane
przez mężczyzn.
- John –
powiedział ostro jeden z nich. – Bierz go.
Mężczyzna
o imieniu John odezwał się niemal piskliwym głosem. - Którego?
Jego
kolega się skrzywił. – Tego geja. Bierz go. Teraz.
Nie obchodzi mnie ten drugi.
Moje
zmysły momentalnie się wyostrzyły. Geja. Ja byłem gejem. Chcieli mnie złapać.
Nie wiedziałem po co, ale byłem przerażony tym, co mężczyzna o imieniu John
mógł ze mną zrobić.
Nikt mnie
jednak nie złapał. Zamiast tego usłyszałem huk i rozdzierający serce płacz,
dochodzący z drugiego końca alejki, który mógł należeć tylko do jednej osoby.
- Jack!! – Krzyknąłem, wyciągając
w jego stronę rękę, jakby ten gest miał mnie do niego zbliżyć.
Oczywiście
tak się nie stało.
Zacząłem
szlochać. Mężczyzna, który jeszcze przed chwilą znajdował się obok mnie,
zniknął. Chociaż moje oko napuchło i krwawiło, a wokół panowała ciemność,
dostrzegłem cień po drugiej stronie alejki. Mężczyzna o imieniu John kopał i
torturował Jack’a, który leżał bezbronnie na ziemi, pozwalając mu się na sobie
wyżywać.
Ale za
co?
„Tego
geja.”
O nie.
Czy to
dlatego Jack tak nalegał, żebyśmy znaleźli się w zaułku? Bał się, że zostanie
podsłuchany. Dlaczego oni go zaatakowali? Niech zaatakują mnie! Niech wezmą
mnie!
Kolejne
uderzenie i kolejny krzyk. Dlaczego nikt mu nie pomagał?! Czyżby ludzie niczego
nie słyszeli? Znajdowaliśmy się przecież, do cholery, na zewnątrz!
-
Przestań! – Krzyknąłem, próbując wstać, ale jakaś siła nie pozwalała mi się
unieść.
Kolejny
świst przecinającego powietrza, a po nim przerażający wrzask.
- Nie!
Przestań! Przestań!
John
kopnął go jeszcze raz, po czym złapał za kołnierz, podciągając do góry i
rzucając go na przeciwległą ścianę. Szeptał Jack’owi coś do ucha.
- Nie
jego! Proszę, nie jego! –
Krzyknąłem, ponownie nie otrzymując od nikogo żadnej pomocy. Moje policzki były
zalane łzami. Wciąż nie mogłem się podnieść. Siła, która mnie przytrzymywała,
była zbyt mocna.
Usłyszałem
trzask pistoletu. Jack sapnął głośno, a ja dostrzegłem cień tego urządzenia,
który wycelowany był w jego głowę.
- Nie… -
Mamrotałem do siebie. – NIE! – Wrzasnąłem. – Proszę, nie. Nie jego. Proszę, weź
mnie! WEŹ MNIE!
- Harry!
Obróciłem
się w stronę wejścia do uliczki, skąd słyszałem wołanie. Tak! Ktoś szedł na
ratunek!
Napastnik
nie słyszał wołania i zamiast tego przycisnął pistolet mocniej do skroni Jack’a,
który jęknął.
- Nie!
- Harry! – Znów rozbrzmiał
znajomy głos. Nie należał do żadnego z chłopaków, ale poznawałem go. Nie mogłem
go po prostu zidentyfikować, więc go zignorowałem i zacząłem błagać napastnika:
- Proszę!
- Harry!
– Tym razem strzelec usłyszał głos, kierując natychmiast głowę w stronę źródła
dźwięku. Jego oczy pociemniały z gniewu, zaś palec wskazujący przesunął się na
spust.
- NIE! –
Wrzasnąłem, wyciągając rękę, by dosięgnąć Jack’a. Moje serce dudniło w moich
uszach. Widziałem jak Jack bierze głęboki wdech i zaciska oczy. Jego usta
drżały, a po policzku spłynęła łza.
Po alejce
rozniósł się huk wystrzału. Usłyszałem stłumiony dźwięk upadającego martwego
ciała i odgłosy uciekającego mężczyzny, który właśnie popełnił morderstwo.
- NIE! –
Jęknąłem głośno.
- Harry!
_
Otworzyłem
oczy, oddychając w szybkim tempie. Rozejrzałem się po pokoju, w którym się
znajdowałem – był jasno oświetlony, ale nie wydawał mi się być znajomy.
Starałem się uspokoić swój oddech, chociaż ciągle byłem w szoku spowodowanym
moim snem. Kiedy podniosłem swój wzrok, zauważyłem Louis’a, siedzącego na moich
biodrach i przytrzymującego moje ramiona, starającego się mnie uspokoić.
Skrzywiłem się odrobinę, będąc zirytowany tym, że chłopak próbuje mi pomóc.
Zerknąłem
w lewą stronę; Zayn, Niall i Liam także mnie otaczali, a na ich twarzach
malowało się zmartwienie.
Spojrzałem
na każdego z nich i jęknąłem, czując się nieudolnie. – Co wy tu robicie?
Dłoń
Louisa ścisnęła lekko moje ramię. Przeniosłem na niego swój wzrok. Jego twarz
wyglądała najgorzej. Nienawidziłem tego. Troska, strach i współczucie. Ugh.
- Ty… Ty
spałeś.
Przewróciłem
oczami. Moje ręce opadły na kanapę, na której leżałem. Przecież było oczywiste,
że spałem. – Najwidoczniej. A ty mnie obudziłeś. Kutas. – Próbowałem zachować zimną krew,
jakbym wcale nie świrował z powodu koszmaru, ale chłopacy nie dali się nabrać.
Rozejrzeli
się po sobie nerwowo. Spojrzałem na nich, krzyżując ramiona.
- Na co
się wszyscy gapicie? – Warknąłem.
Zanim
ktokolwiek się odezwał, zapadła długa cisza. – Krzyczałeś przez sen. –
Powiedział cicho Niall, bawiąc się swoimi palcami.
Oddech
uwiązł mi w gardle.
Wiedziałem,
że ostatnio miewałem te sny. Szczerze mówiąc, było to dla mnie cholernie
bolesne. Przeszłość była przeszłością, więc dlaczego musiałem ją przeżywać
jeszcze raz w snach?
Na
dodatek, to Louis musiał być tym, który mnie uspokajał i dbał o mnie, gdy
dopadały mnie koszmary. Ze wszystkich ludzi, to musiał być akurat on. Niepotrzebowałem nikogo, kto by
się mną zajmował. Nie potrzebowałem go.
-
Wykrzykiwałeś też różne słowa – odezwał się cicho Liam, robiąc krok do przodu i
stając obok Louisa, który wciąż trzymał mocno moje ramiona. Zaczynało mi to
coraz mniej przeszkadzać.
Potrząsnąłem
głową, pozbywając się myśli na temat dłoni Louisa i skupiając na pozostałej
trójce chłopaków. – Co mówiłem?
- Myślę,
że nie chcesz wiedzieć – wtrącił Zayn.
Też
sądziłem, że nie chciałem, ale musiałem to wiedzieć. Może dzięki temu w
przyszłości powstrzymałbym się od wypowiadania tych słów.
- Chcę –
rzekłem, patrząc na niego.
Zayn
westchnął. – Zabroniłeś nam wymawiać jego imię.
Przełknąłem
ciężko ślinę, spoglądając kątem oka na Louis’a, który się we mnie wpatrywał.
Skinął głową, zgadzając się z Zaynem. Wzruszyłem ramionami.
- Po
prostu mi powiedzcie.
Zanim
Zayn się odezwał, zerkał co chwilę na mnie i na Louis’a. – Powtarzałeś ciągle
imię Jack’a. Krzyczałeś ‘weź mnie, zamiast jego’. Bardzo mnie, nas przestraszyłeś.
Czułem
jak moja klatka piersiowa się zaciska. Przepłynęły przeze mnie kolejne emocje –
jedne z tych, które starałem się zakopać przez ostatnie dziewięć miesięcy.
Poczułem także ponownie ogarniające mnie poczucie winy. Wszystkie rzeczy
dotyczące Jack’a oraz tamtej nocy powinny pozostać w mojej głowie. Nie
chciałem, żeby ludzie się o mnie martwili, przez co zamartwiałem się jeszcze
bardziej.
Wszystko
zmieniło się w pieprzony paradoks, z którym nie mogłem sobie poradzić poprzez
fizykę kwantową czy… Nieważne, do cholery.
Wypełniało
mnie poczucie winy. Czułem to. Sprawiłem zmartwienie moim przyjaciołom. Dla
wszystkich byłem największym zmartwieniem. Nie rozumieli, że ich nie
potrzebowałem. Naprawdę nie musieli się o mnie martwić.
Louis
ponownie ścisnął moje ramię. Kiedy na niego spojrzałem, poczułem jeszcze
większy przypływ winy. W mojej głowie odtwarzałem wszystko, co wydarzyło się
pomiędzy mną, a Louis’em tamtej nocy, a fakt, iż powiedziałem mu,
że żałuję sprawił, że poczułem się jeszcze gorzej.
Ale czego
oczekiwał? To była jedna noc. Jedna noc ze mną. Wiedział kim byłem oraz jaki
byłem. Chyba nie spodziewał się tęczy i motylków następnego ranka?
Jego
kciuk, ocierający się o moją skórę, wysyłał impulsy wzdłuż mojego kręgosłupa,
za co natychmiast w myślach się skarciłem. Nie mogłem sobie pozwolić na taką
reakcję, na prosty dotyk kogoś, kogo znałem od niedawna. Nie chciałem
przywiązywać się do osoby, która tak bardzo przypominała mi kogoś, kogo
niedawno straciłem. Oznaczałoby to moją słabość, a ja przecież nigdy nie byłem
słaby.
Może
wtedy byłem, ale Bóg jeden wie, że już nie jestem tamtą osobą.
Zamknąłem
oczy, próbując sobie wyobrazić papierosa i mocnego drinka w mojej dłoni.
Pragnąłem
odepchnąć od siebie wszelkie uczucia, winę oraz strach, abym mógł chociaż
udawać, że nic mnie nie obchodziło. Nie potrzebowałem niczyjej troski.
Ruchy
Louis’a wywołały u mnie lekkie zdrętwienie. Przewróciłem oczami, uśmiechając
się pod nosem, po czym przeniosłem wzrok na Zayn’a.
- Yeah,
dlatego to nazywa się koszmarem.
Zayn
westchnął ciężko, słysząc mój komentarz i pochylił się w moją stronę. Jego głos
był niewiele głośniejszy od szeptu. – Powinniśmy o tym porozmawiać…
- Nie –
przerwałem. – Nie ma o czym…
- Jest o czym, Harry! – Wykrzyczał, unosząc w
górę dłonie. – Wiemy, że przez te dziewięć miesięcy było ci ciężko, ale teraz
wcale nie jest lepiej i jeśli z nami nie porozmawiasz…
- NIE MA
O CZYM ROZMAWIAĆ! – Wrzasnąłem, wyrywając ramię z uścisku Louisa, który cofnął
się do tyłu zaskoczony moją reakcją.
Liam
potarł nasadę nosa. Jęknął, próbując się uspokoić. – Harry – zaczął. – Jesteś jedynym, który nie skorzystał z terapii, którą
nam polecono. My wszyscy na niej byliśmy i powoli poradziliśmy sobie ze
śmiercią Jack’a…
-
Nienawidzę, kiedy wymawiasz jego imię – wymamrotałem.
To imię
było tematem tabu – nie wolno było go wymawiać w mojej obecności. Nie mogłem
znieść tych wszystkich emocji, które z ogromną siłą wyłaniały się z mego
wnętrza, gdy tylko słyszałem jego imię. Słowo „Jack” było jakby kluczem, który
uwalniał ze mnie wszystko, co było prawdziwe.
-
Dlaczego, kurwa, byś miał?! Nie wymawianie jego imienia
nie rozwiąże sprawy, Harry. Musisz się z tym zmierzyć wcześniej czy później –
wytknął Niall.
- Nie
muszę się z niczym zmierzać. To nie problem. Wszyscy przesadzacie. To tylko
sen. Każdemu to się zdarza. Muszę o nim zapomnieć. Nie potrzebuję waszej
pomocy.
- Nie
twierdzimy, że potrzebujesz, Harry. Chcemy ci po prostu pomóc. – Zayn pochylił
się i poczochrał moje włosy. – Proszę, Harry.
Szczerość
w jego oczach była czymś niesamowitym. Nigdy wcześniej jej nie dostrzegłem. Po
tym, jak Jack umarł, Zayn był tym, który najbardziej mnie pilnował. Większość
ludzi myślała, że to Liam był Daddy Direction (i przeważnie był, gdyż zawsze
upewniał się, że wszystko było ze w porządku), ale to Zayn przywrócił mnie jako
tako do normalności. Nie traktował mnie jakbym był załamanym małym chłopcem.
Nie podobało mu się to, co robiłem – na przykład palenie, czy nadmierne picie –
ale rozumiał, że potrzebowałem tego, by poradzić sobie z dalszym funkcjonowaniem
w moim gównianym życiu.
Zayn
kiedyś był typowym, nietypowym Bad boy’em w grupie. Teraz przejąłem jego
pałeczkę.
Dlatego,
kiedy dostrzegłem w jego oczach prawdziwą troskę oraz zmartwienie, ponownie się
zorientowałem, że sposób, w jaki się zachowywałem, bardzo go ranił.
Nie
zamierzałem jednak zaakceptować niczyjej pomocy. Chciałem udowodnić, że nie
byłem słabym chłopcem, za którego wszyscy mnie uważali. Zamierzałem sobie z tym
poradzić. Musiałem dać sobie radę, na swój własny sposób.
- Nie
chcę twojej pomocy. – Spojrzałem w zmartwione oczy Zayn’a. – Naprawdę jej nie
potrzebuję. Mogę zrobić to sam.
-
Obserwowaliśmy cię, Harry. Nawet nie próbujesz…
- Wiem –
powiedziałem, wzruszając ramionami. – Ale nie możecie mnie do tego zmusić. Po
prostu… Pozwólcie zrobić mi to po swojemu, okej?
Zayn
otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale wtedy uchyliły się drzwi. Dostrzegłem
zza nich głowę jednego z członków ekipy.
-
Chłopcy? Za pięć minut koniec przerwy – oznajmiła wysoka blondynka, spoglądając
na nasze zmartwione twarze, po czym skinęła głową i zamknęła drzwi.
Niall
odchrząknął, a następnie skierował się w ich stronę, ciągnąc Liam’a za
koszulkę.
- Widzimy
się na scenie, Haz?
Wziąłem
głęboki wdech i skinąłem głową. – Jasne, zaraz będę.
Dwóch
chłopaków opuściło pokój. Pozostał ze mną tylko Zayn i Louis. Zayn przełknął
ciężko ślinę, potrząsając głową.
- Jestem
zmęczony tym, w jakim stanie cię widzę, Harry.
- Wiem.
- To nie
może trwać wiecznie.
- Wiem –
powtórzyłem, uświadamiając sobie o obecności Louis’a. Prawie zapomniałem, że tu
był i prawdę mówiąc, nie byłem pewien, czy chcę poznać jego opinię.
Zayn
skinął głową i poklepał mnie po ramieniu. – Wiem, że możesz to zrobić. Po
prostu musisz zacząć próbować.
Wywróciłem
oczami, ale również skinąłem głową, by go zadowolić. – Wiem.
Chłopak
obrócił się i zaczął opuszczać pokój, ale zanim zamknęły się za nim drzwi,
usłyszałem jak woła – Wstawaj i na próbę!
Przełknąłem
ciężko ślinę, ponownie czując rękę Louis’a na swoim ramieniu. Zdałem sobie
wtenczas sprawę, że w tym momencie byliśmy całkowicie sami.
Bałem się
na niego spojrzeć oraz tego, że mogłem nie dać rady powstrzymać wszystkich
kłębiących się we mnie emocji.
Całe
szczęście, nie musiałem.
- No cóż,
to było interesujące – stwierdził Louis, pocierając swój kark.
Przewróciłem
oczami. – Nie sądzę, by to było odpowiednie słowo – odparłem.
- Więc
jakbyś to określił?
Zamyśliłem
się. – Wysoce niepotrzebne.
Louis
wzruszył ramionami i spojrzał na drzwi, uśmiechając się delikatnie. – Po prostu
się o ciebie martwią.
- Za
bardzo – rzekłem, krzyżując ramiona.
-
Dlaczego uważasz to za coś złego? Jesteś szczęściarzem.
-
Nieważne.
Louis
skinął głową, biorąc to chyba za koniec rozmowy, ponieważ wstał z kanapy i
skierował się w stronę drzwi. Gdy tylko położył dłoń na klamce, obrócił się a
moją stronę.
- Nadal
pracujemy wieczorem nad piosenką?
Oh,
jasne, piosenka. – Uh, yeah, pewnie. Po próbie.
Spojrzałem
na chłopaka, który uśmiechnął się do mnie, zanim zniknął za drzwiami.
Zadrżałem,
gdy usłyszałem trzask zamykanych drzwi. Ten uśmiech był zbyt znajomy.
Jęknąłem,
kiedy w mojej głowie pojawił się uśmiech Jack’a. Byli za bardzo do siebie
podobni –Jack i Louis. Podobieństwa pomiędzy nimi były niesamowite, wręcz
intrygujące. Nie mogłem przestać ich porównywać. W dodatku sposób, w jaki Louis
pocałował mnie tamtej nocy… To było niczym deja vu…
Ponownie
jęknąłem, przeczesując palcami włosy oraz je ciągnąc.
Nie, było niedobrze.
Zdałem
sobie sprawę, że w towarzystwie Louis’a, moje sny z Jack’iem nadal będą mnie
prześladować.
Chociaż
ten chłopak był martwy, codziennie musiałem spoglądać na jego podobieństwo.