niedziela, 5 sierpnia 2012
:(
Przykro mi ale zawieszam bloga :( Nie oczekujcie ode mnie szczegółowych wyjaśnień. Po prostu mam wrażenie, że nikt go nie czyta i nie ma sensu pisać i się trudzić. Zaczęłam pisać nowe opowiadanie. Jeszcze nie wstawiam nigdzie na bloga, ale gdy tylko stworzę stronę (jutro, albo w pojutrze) wstawię Wam link. Dziękuję bardzo wszystkim directioners, które były tu ze mną przez cały czas. Dziękuję za tyle odwiedzin, miłych komentarzy i ocen.
czwartek, 5 lipca 2012
Rozdział 9
~*~
Jego
chłodne dłonie błądziły po mojej szyi. Podniosłem wzrok, spoglądając w
ciemnobrązowe oczy chłopaka. Emocje spotęgowane alkoholem krążyły w nas obu.
Czułem jego ręce na moim karku oraz owiewające nas zimne, wieczorne powietrze.
Drżąc, wypowiedziałem jego imię:
- Jack.
Uśmiechnął
się, ale nic nie odpowiedział. Jego zęby błyszczały w świetle księżyca, a w
oczach migotały iskierki. Spojrzałem w dół, kontynuując:
- Co
robisz? – Wyszeptałem. Dłonie chłopaka znalazły się na moim policzku, zmuszając
mnie, abym na niego spojrzał.
Jack
przełknął ciężko ślinę, a jego jabłko Adama podskoczyło. Błądził wzrokiem po
mojej twarzy, dopóki nasze spojrzenia się nie spotkały.
- Harry,
jest coś, co chciałem ci powiedzieć… - Przerwał, rozglądając się nerwowo po niewielkim
zaułku, do którego mnie zaciągnął. Zaczynałem się denerwować. Jack zawsze miał wszystko pod kontrolą. Przy nim
naprawdę mogłem czuć się bezpieczny. W końcu był moim najlepszym przyjacielem…
Skinąłem
i uniosłem brew w oczekiwaniu. – No dalej.
Spuścił
swój wzrok, wzdychając cicho. – Próbuję znaleźć odpowiednie słowa – wymamrotał.
Zachichotałem.
– Nigdy nie miałeś z tym problemu, Jack.
Chłopak
wypuścił drżący oddech i spojrzał na mnie wzrokiem, którym nigdy wcześniej mnie
nie obdarował. – To dlatego, że jestem z tobą.
Moje
serce podskoczyło. Spojrzałem na niego z zaciekawieniem, analizując jego słowa.
Mogły one znaczyć cokolwiek, jednak czułem, że mój instynkt się nie mylił.
Pomimo otaczającego nas chłodnego powietrza, moje palce zaczęły się pocić.
Dlaczego?
Może
dlatego, że zawsze wiedziałem? Dlatego, że Jack był moim najlepszym
przyjacielem, a ja się bałem? Dlatego, że wciąż nie wiedziałem co ja zrobię?
Obserwowałem
w skupieniu jego twarz, oczekując, że nagle się uśmiechnie i powie, że żartował,
a następnie zaciągnie mnie z powrotem do baru, przed którym staliśmy. Nic
takiego jednak się nie wydarzyło – dostrzegłem jedynie w jego oczach szczerość,
która rzadko się w nich objawiała.
- Co ty…?
W tamtym
momencie mój świat obrócił się do góry nogami. Dłonie Jack’a oplotły moją
szyję, zaś jego usta mocno przyciskały się do moich. Moje dłonie zwisały luźno
opuszczone po bokach. Byłem sparaliżowany. To był Jack Shane - mój partner w
pisaniu, kolega z zespołu, najlepszy przyjaciel…
Oczywiście,
był przystojny – wręcz piękny. Posiadał idealnie pasującą do niego sylwetkę, a
także osobowość, którą uwielbiałem. Tak, od zawsze mi się podobał, tak jak
wszystkim innym, niezależnie od płci.
Ale tego
się nie spodziewałem. Wszyscy w zespole, nawet menadżerowie, wiedzieli, w
której drużynie grałem, ale Jack? Ten chłopak zawsze posiadał przy swoim boku
uroczą dziewczynę. Każdego ranka słyszałem wymykające się z jego pokoju
dziewczyny, o czym chłopak nie miał żadnego pojęcia.
Teraz Jack mnie całował, a mi… Naprawdę mi to nie
przeszkadzało.
Miałem
ogromną ochotę oddać pocałunek. Bo tak się robi, nie? Kiedy ktoś cię całuje, ty
odwdzięczasz się tym samym. Robisz to nawet wtedy, gdy tego nie chcesz. Tak
podpowiada instynkt.
Więc
zrobiłem to, co nakazywał mi instynkt.
Czułem
jak Jack przycisnął swój język do moich ust. Rozszerzyłem wargi, wpuszczając go
do środka. Wtedy chłopak pchnął mnie na ścianę i mocno do siebie przycisnął. Na
początku cała ta sytuacja wydawała mi się być dziwna, bo całowałem Jack’a
mojego najlepszego przyjaciela.
Mimo
tego, co czułem, nie mogłem przestać. Nie chciałem tego robić. Przysunąłem się do
niego bliżej i otoczyłem ramionami jego szyję. Chciałem, żeby ta chwila trwała
wiecznie. Czułem, jakbym wypełnił dużą część siebie – część, o której istnieniu
nie miałem pojęcia.
Oczywiście,
intymny dotyk, trzymanie się za dłonie oraz inne tego typu rzeczy, zawsze były
obecne w naszych stosunkach, ale czy tego nie robi najlepszy przyjaciel? Byłem
prawie pewien, że Jack do reszty chłopaków czuł dokładnie to samo - przyjaźń.
Więc dlaczego ja? Dlaczego mnie całował?
Ale czy
ja sam nie powinienem zadać sobie tego samego pytania? Dlaczego Jack?
Odpowiedź
zawsze była dla mnie jasna: to był Jack, to zawsze był Jack.
Nagle
poczułem, jak jego usta się ode mnie oderwały, a ciepło otaczającego mnie ciała
zniknęło. Otworzyłem oczy i zauważyłem ogromnego mężczyznę, stojącego przede
mną. W kieszeni trzymał pistolet, zaś wolną ręką chwycił szyję Jack’a
zaciskając go do ściany obok mnie.
- Jack-
załkałem
- Nie odzywaj
się – zażądał mężczyzna, który był niesamowicie wysoki i umięśniony. W jego
twarzy mogłem jedynie dostrzec ciemne oczy, gdyż zakrywała ją czarna
kominiarka. Zauważyłem, jak skinął na mnie głową, a później na Jack’a.
Po chwili
przy jego boku pojawił się drugi mężczyzna, który chwycił mojego przyjaciela za
dłonie i rzucił go na przeciwną ścianę.
- Co mu
robisz?! Puszczaj go! –
Wrzasnąłem przerażony. Ci mężczyźni wyglądali na niebezpiecznych i gotowych,
aby któregoś z nas zabić. Facet naprzeciwko mnie parsknął, robiąc krok w moją
stronę.
- Nie
martw się o niego. Dostanie dokładnie to, na co zasłużył. – powiedział
chłodno, przybliżając się do mnie z każdym kolejnym słowem.
- Nie zasłużył na nic z tego, co mu robicie –
odparowałem. Może i byłem najmłodszy w zespole, ale wiedziałem jak się bronić.
– Wy za to zasługujecie na to, by iść do piekła.
Wtedy
poczułem, jak w moją twarz uderza pięść. Upadłem na ziemię, z trudem otwierając
oczy. Chociaż byłem w ogromnym szoku, słyszałem dokładnie każde słowo wypowiadane
przez mężczyzn.
- John –
powiedział ostro jeden z nich. – Bierz go.
Mężczyzna
o imieniu John odezwał się niemal piskliwym głosem. - Którego?
Jego
kolega się skrzywił. – Tego geja. Bierz go. Teraz.
Nie obchodzi mnie ten drugi.
Moje
zmysły momentalnie się wyostrzyły. Geja. Ja byłem gejem. Chcieli mnie złapać.
Nie wiedziałem po co, ale byłem przerażony tym, co mężczyzna o imieniu John
mógł ze mną zrobić.
Nikt mnie
jednak nie złapał. Zamiast tego usłyszałem huk i rozdzierający serce płacz,
dochodzący z drugiego końca alejki, który mógł należeć tylko do jednej osoby.
- Jack!! – Krzyknąłem, wyciągając
w jego stronę rękę, jakby ten gest miał mnie do niego zbliżyć.
Oczywiście
tak się nie stało.
Zacząłem
szlochać. Mężczyzna, który jeszcze przed chwilą znajdował się obok mnie,
zniknął. Chociaż moje oko napuchło i krwawiło, a wokół panowała ciemność,
dostrzegłem cień po drugiej stronie alejki. Mężczyzna o imieniu John kopał i
torturował Jack’a, który leżał bezbronnie na ziemi, pozwalając mu się na sobie
wyżywać.
Ale za
co?
„Tego
geja.”
O nie.
Czy to
dlatego Jack tak nalegał, żebyśmy znaleźli się w zaułku? Bał się, że zostanie
podsłuchany. Dlaczego oni go zaatakowali? Niech zaatakują mnie! Niech wezmą
mnie!
Kolejne
uderzenie i kolejny krzyk. Dlaczego nikt mu nie pomagał?! Czyżby ludzie niczego
nie słyszeli? Znajdowaliśmy się przecież, do cholery, na zewnątrz!
-
Przestań! – Krzyknąłem, próbując wstać, ale jakaś siła nie pozwalała mi się
unieść.
Kolejny
świst przecinającego powietrza, a po nim przerażający wrzask.
- Nie!
Przestań! Przestań!
John
kopnął go jeszcze raz, po czym złapał za kołnierz, podciągając do góry i
rzucając go na przeciwległą ścianę. Szeptał Jack’owi coś do ucha.
- Nie
jego! Proszę, nie jego! –
Krzyknąłem, ponownie nie otrzymując od nikogo żadnej pomocy. Moje policzki były
zalane łzami. Wciąż nie mogłem się podnieść. Siła, która mnie przytrzymywała,
była zbyt mocna.
Usłyszałem
trzask pistoletu. Jack sapnął głośno, a ja dostrzegłem cień tego urządzenia,
który wycelowany był w jego głowę.
- Nie… -
Mamrotałem do siebie. – NIE! – Wrzasnąłem. – Proszę, nie. Nie jego. Proszę, weź
mnie! WEŹ MNIE!
- Harry!
Obróciłem
się w stronę wejścia do uliczki, skąd słyszałem wołanie. Tak! Ktoś szedł na
ratunek!
Napastnik
nie słyszał wołania i zamiast tego przycisnął pistolet mocniej do skroni Jack’a,
który jęknął.
- Nie!
- Harry! – Znów rozbrzmiał
znajomy głos. Nie należał do żadnego z chłopaków, ale poznawałem go. Nie mogłem
go po prostu zidentyfikować, więc go zignorowałem i zacząłem błagać napastnika:
- Proszę!
- Harry!
– Tym razem strzelec usłyszał głos, kierując natychmiast głowę w stronę źródła
dźwięku. Jego oczy pociemniały z gniewu, zaś palec wskazujący przesunął się na
spust.
- NIE! –
Wrzasnąłem, wyciągając rękę, by dosięgnąć Jack’a. Moje serce dudniło w moich
uszach. Widziałem jak Jack bierze głęboki wdech i zaciska oczy. Jego usta
drżały, a po policzku spłynęła łza.
Po alejce
rozniósł się huk wystrzału. Usłyszałem stłumiony dźwięk upadającego martwego
ciała i odgłosy uciekającego mężczyzny, który właśnie popełnił morderstwo.
- NIE! –
Jęknąłem głośno.
- Harry!
_
Otworzyłem
oczy, oddychając w szybkim tempie. Rozejrzałem się po pokoju, w którym się
znajdowałem – był jasno oświetlony, ale nie wydawał mi się być znajomy.
Starałem się uspokoić swój oddech, chociaż ciągle byłem w szoku spowodowanym
moim snem. Kiedy podniosłem swój wzrok, zauważyłem Louis’a, siedzącego na moich
biodrach i przytrzymującego moje ramiona, starającego się mnie uspokoić.
Skrzywiłem się odrobinę, będąc zirytowany tym, że chłopak próbuje mi pomóc.
Zerknąłem
w lewą stronę; Zayn, Niall i Liam także mnie otaczali, a na ich twarzach
malowało się zmartwienie.
Spojrzałem
na każdego z nich i jęknąłem, czując się nieudolnie. – Co wy tu robicie?
Dłoń
Louisa ścisnęła lekko moje ramię. Przeniosłem na niego swój wzrok. Jego twarz
wyglądała najgorzej. Nienawidziłem tego. Troska, strach i współczucie. Ugh.
- Ty… Ty
spałeś.
Przewróciłem
oczami. Moje ręce opadły na kanapę, na której leżałem. Przecież było oczywiste,
że spałem. – Najwidoczniej. A ty mnie obudziłeś. Kutas. – Próbowałem zachować zimną krew,
jakbym wcale nie świrował z powodu koszmaru, ale chłopacy nie dali się nabrać.
Rozejrzeli
się po sobie nerwowo. Spojrzałem na nich, krzyżując ramiona.
- Na co
się wszyscy gapicie? – Warknąłem.
Zanim
ktokolwiek się odezwał, zapadła długa cisza. – Krzyczałeś przez sen. –
Powiedział cicho Niall, bawiąc się swoimi palcami.
Oddech
uwiązł mi w gardle.
Wiedziałem,
że ostatnio miewałem te sny. Szczerze mówiąc, było to dla mnie cholernie
bolesne. Przeszłość była przeszłością, więc dlaczego musiałem ją przeżywać
jeszcze raz w snach?
Na
dodatek, to Louis musiał być tym, który mnie uspokajał i dbał o mnie, gdy
dopadały mnie koszmary. Ze wszystkich ludzi, to musiał być akurat on. Niepotrzebowałem nikogo, kto by
się mną zajmował. Nie potrzebowałem go.
-
Wykrzykiwałeś też różne słowa – odezwał się cicho Liam, robiąc krok do przodu i
stając obok Louisa, który wciąż trzymał mocno moje ramiona. Zaczynało mi to
coraz mniej przeszkadzać.
Potrząsnąłem
głową, pozbywając się myśli na temat dłoni Louisa i skupiając na pozostałej
trójce chłopaków. – Co mówiłem?
- Myślę,
że nie chcesz wiedzieć – wtrącił Zayn.
Też
sądziłem, że nie chciałem, ale musiałem to wiedzieć. Może dzięki temu w
przyszłości powstrzymałbym się od wypowiadania tych słów.
- Chcę –
rzekłem, patrząc na niego.
Zayn
westchnął. – Zabroniłeś nam wymawiać jego imię.
Przełknąłem
ciężko ślinę, spoglądając kątem oka na Louis’a, który się we mnie wpatrywał.
Skinął głową, zgadzając się z Zaynem. Wzruszyłem ramionami.
- Po
prostu mi powiedzcie.
Zanim
Zayn się odezwał, zerkał co chwilę na mnie i na Louis’a. – Powtarzałeś ciągle
imię Jack’a. Krzyczałeś ‘weź mnie, zamiast jego’. Bardzo mnie, nas przestraszyłeś.
Czułem
jak moja klatka piersiowa się zaciska. Przepłynęły przeze mnie kolejne emocje –
jedne z tych, które starałem się zakopać przez ostatnie dziewięć miesięcy.
Poczułem także ponownie ogarniające mnie poczucie winy. Wszystkie rzeczy
dotyczące Jack’a oraz tamtej nocy powinny pozostać w mojej głowie. Nie
chciałem, żeby ludzie się o mnie martwili, przez co zamartwiałem się jeszcze
bardziej.
Wszystko
zmieniło się w pieprzony paradoks, z którym nie mogłem sobie poradzić poprzez
fizykę kwantową czy… Nieważne, do cholery.
Wypełniało
mnie poczucie winy. Czułem to. Sprawiłem zmartwienie moim przyjaciołom. Dla
wszystkich byłem największym zmartwieniem. Nie rozumieli, że ich nie
potrzebowałem. Naprawdę nie musieli się o mnie martwić.
Louis
ponownie ścisnął moje ramię. Kiedy na niego spojrzałem, poczułem jeszcze
większy przypływ winy. W mojej głowie odtwarzałem wszystko, co wydarzyło się
pomiędzy mną, a Louis’em tamtej nocy, a fakt, iż powiedziałem mu,
że żałuję sprawił, że poczułem się jeszcze gorzej.
Ale czego
oczekiwał? To była jedna noc. Jedna noc ze mną. Wiedział kim byłem oraz jaki
byłem. Chyba nie spodziewał się tęczy i motylków następnego ranka?
Jego
kciuk, ocierający się o moją skórę, wysyłał impulsy wzdłuż mojego kręgosłupa,
za co natychmiast w myślach się skarciłem. Nie mogłem sobie pozwolić na taką
reakcję, na prosty dotyk kogoś, kogo znałem od niedawna. Nie chciałem
przywiązywać się do osoby, która tak bardzo przypominała mi kogoś, kogo
niedawno straciłem. Oznaczałoby to moją słabość, a ja przecież nigdy nie byłem
słaby.
Może
wtedy byłem, ale Bóg jeden wie, że już nie jestem tamtą osobą.
Zamknąłem
oczy, próbując sobie wyobrazić papierosa i mocnego drinka w mojej dłoni.
Pragnąłem
odepchnąć od siebie wszelkie uczucia, winę oraz strach, abym mógł chociaż
udawać, że nic mnie nie obchodziło. Nie potrzebowałem niczyjej troski.
Ruchy
Louis’a wywołały u mnie lekkie zdrętwienie. Przewróciłem oczami, uśmiechając
się pod nosem, po czym przeniosłem wzrok na Zayn’a.
- Yeah,
dlatego to nazywa się koszmarem.
Zayn
westchnął ciężko, słysząc mój komentarz i pochylił się w moją stronę. Jego głos
był niewiele głośniejszy od szeptu. – Powinniśmy o tym porozmawiać…
- Nie –
przerwałem. – Nie ma o czym…
- Jest o czym, Harry! – Wykrzyczał, unosząc w
górę dłonie. – Wiemy, że przez te dziewięć miesięcy było ci ciężko, ale teraz
wcale nie jest lepiej i jeśli z nami nie porozmawiasz…
- NIE MA
O CZYM ROZMAWIAĆ! – Wrzasnąłem, wyrywając ramię z uścisku Louisa, który cofnął
się do tyłu zaskoczony moją reakcją.
Liam
potarł nasadę nosa. Jęknął, próbując się uspokoić. – Harry – zaczął. – Jesteś jedynym, który nie skorzystał z terapii, którą
nam polecono. My wszyscy na niej byliśmy i powoli poradziliśmy sobie ze
śmiercią Jack’a…
-
Nienawidzę, kiedy wymawiasz jego imię – wymamrotałem.
To imię
było tematem tabu – nie wolno było go wymawiać w mojej obecności. Nie mogłem
znieść tych wszystkich emocji, które z ogromną siłą wyłaniały się z mego
wnętrza, gdy tylko słyszałem jego imię. Słowo „Jack” było jakby kluczem, który
uwalniał ze mnie wszystko, co było prawdziwe.
-
Dlaczego, kurwa, byś miał?! Nie wymawianie jego imienia
nie rozwiąże sprawy, Harry. Musisz się z tym zmierzyć wcześniej czy później –
wytknął Niall.
- Nie
muszę się z niczym zmierzać. To nie problem. Wszyscy przesadzacie. To tylko
sen. Każdemu to się zdarza. Muszę o nim zapomnieć. Nie potrzebuję waszej
pomocy.
- Nie
twierdzimy, że potrzebujesz, Harry. Chcemy ci po prostu pomóc. – Zayn pochylił
się i poczochrał moje włosy. – Proszę, Harry.
Szczerość
w jego oczach była czymś niesamowitym. Nigdy wcześniej jej nie dostrzegłem. Po
tym, jak Jack umarł, Zayn był tym, który najbardziej mnie pilnował. Większość
ludzi myślała, że to Liam był Daddy Direction (i przeważnie był, gdyż zawsze
upewniał się, że wszystko było ze w porządku), ale to Zayn przywrócił mnie jako
tako do normalności. Nie traktował mnie jakbym był załamanym małym chłopcem.
Nie podobało mu się to, co robiłem – na przykład palenie, czy nadmierne picie –
ale rozumiał, że potrzebowałem tego, by poradzić sobie z dalszym funkcjonowaniem
w moim gównianym życiu.
Zayn
kiedyś był typowym, nietypowym Bad boy’em w grupie. Teraz przejąłem jego
pałeczkę.
Dlatego,
kiedy dostrzegłem w jego oczach prawdziwą troskę oraz zmartwienie, ponownie się
zorientowałem, że sposób, w jaki się zachowywałem, bardzo go ranił.
Nie
zamierzałem jednak zaakceptować niczyjej pomocy. Chciałem udowodnić, że nie
byłem słabym chłopcem, za którego wszyscy mnie uważali. Zamierzałem sobie z tym
poradzić. Musiałem dać sobie radę, na swój własny sposób.
- Nie
chcę twojej pomocy. – Spojrzałem w zmartwione oczy Zayn’a. – Naprawdę jej nie
potrzebuję. Mogę zrobić to sam.
-
Obserwowaliśmy cię, Harry. Nawet nie próbujesz…
- Wiem –
powiedziałem, wzruszając ramionami. – Ale nie możecie mnie do tego zmusić. Po
prostu… Pozwólcie zrobić mi to po swojemu, okej?
Zayn
otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale wtedy uchyliły się drzwi. Dostrzegłem
zza nich głowę jednego z członków ekipy.
-
Chłopcy? Za pięć minut koniec przerwy – oznajmiła wysoka blondynka, spoglądając
na nasze zmartwione twarze, po czym skinęła głową i zamknęła drzwi.
Niall
odchrząknął, a następnie skierował się w ich stronę, ciągnąc Liam’a za
koszulkę.
- Widzimy
się na scenie, Haz?
Wziąłem
głęboki wdech i skinąłem głową. – Jasne, zaraz będę.
Dwóch
chłopaków opuściło pokój. Pozostał ze mną tylko Zayn i Louis. Zayn przełknął
ciężko ślinę, potrząsając głową.
- Jestem
zmęczony tym, w jakim stanie cię widzę, Harry.
- Wiem.
- To nie
może trwać wiecznie.
- Wiem –
powtórzyłem, uświadamiając sobie o obecności Louis’a. Prawie zapomniałem, że tu
był i prawdę mówiąc, nie byłem pewien, czy chcę poznać jego opinię.
Zayn
skinął głową i poklepał mnie po ramieniu. – Wiem, że możesz to zrobić. Po
prostu musisz zacząć próbować.
Wywróciłem
oczami, ale również skinąłem głową, by go zadowolić. – Wiem.
Chłopak
obrócił się i zaczął opuszczać pokój, ale zanim zamknęły się za nim drzwi,
usłyszałem jak woła – Wstawaj i na próbę!
Przełknąłem
ciężko ślinę, ponownie czując rękę Louis’a na swoim ramieniu. Zdałem sobie
wtenczas sprawę, że w tym momencie byliśmy całkowicie sami.
Bałem się
na niego spojrzeć oraz tego, że mogłem nie dać rady powstrzymać wszystkich
kłębiących się we mnie emocji.
Całe
szczęście, nie musiałem.
- No cóż,
to było interesujące – stwierdził Louis, pocierając swój kark.
Przewróciłem
oczami. – Nie sądzę, by to było odpowiednie słowo – odparłem.
- Więc
jakbyś to określił?
Zamyśliłem
się. – Wysoce niepotrzebne.
Louis
wzruszył ramionami i spojrzał na drzwi, uśmiechając się delikatnie. – Po prostu
się o ciebie martwią.
- Za
bardzo – rzekłem, krzyżując ramiona.
-
Dlaczego uważasz to za coś złego? Jesteś szczęściarzem.
-
Nieważne.
Louis
skinął głową, biorąc to chyba za koniec rozmowy, ponieważ wstał z kanapy i
skierował się w stronę drzwi. Gdy tylko położył dłoń na klamce, obrócił się a
moją stronę.
- Nadal
pracujemy wieczorem nad piosenką?
Oh,
jasne, piosenka. – Uh, yeah, pewnie. Po próbie.
Spojrzałem
na chłopaka, który uśmiechnął się do mnie, zanim zniknął za drzwiami.
Zadrżałem,
gdy usłyszałem trzask zamykanych drzwi. Ten uśmiech był zbyt znajomy.
Jęknąłem,
kiedy w mojej głowie pojawił się uśmiech Jack’a. Byli za bardzo do siebie
podobni –Jack i Louis. Podobieństwa pomiędzy nimi były niesamowite, wręcz
intrygujące. Nie mogłem przestać ich porównywać. W dodatku sposób, w jaki Louis
pocałował mnie tamtej nocy… To było niczym deja vu…
Ponownie
jęknąłem, przeczesując palcami włosy oraz je ciągnąc.
Nie, było niedobrze.
Zdałem
sobie sprawę, że w towarzystwie Louis’a, moje sny z Jack’iem nadal będą mnie
prześladować.
Chociaż
ten chłopak był martwy, codziennie musiałem spoglądać na jego podobieństwo.
Rozdział 8
- Ugh.
Przekręciłem
się na bok i zacisnąłem oczy, gdyż oślepiło mnie wschodzące słońce.
Moment…
słońce?
Słońce
nie powinno świecić przez moje okno – nie, jeśli czarne rolety były zasunięte.
Otworzyłem
jedno oko, zawieszając spojrzenie na pustych, białych ścianach i otwartej
walizce, leżącej na ziemi. Papiery porozrzucane na ziemi oraz brak zapachu dymu
sprawiły, że serce opadło mi do żołądka. Po chwili wrzasków ‘okurwa’ w
swojej głowie, zdałem sobie sprawę, że to nie był mój pokój.
Przesunąłem
rękę nad głowę i lekko podskoczyłem, gdy moja dłoń otarła się o czyjąś miękką
skórę. Przekręciłem gwałtownie głowę, by zobaczyć spokojnie śpiącą obok mnie
osobę.
Laluś. Potrząsnąłem głową.
Nie. Louis. Miał na imię Louis.
Jasne.
Louis był w łóżku. Ja byłem w łóżku. Oboje byliśmy w łóżku. Razem. W tym samym
czasie.
- Co
jest, kurwa? –
Wyszeptałem. Podniosłem się trochę za szybko, w efekcie czego poczułem okropne
dudnienie w głowie.
- Cholera. – Wymamrotałem,
pocierając skronie. Rozejrzałem się dookoła w niedowierzaniu. Co się działo? Dlaczego nie byłem w
swoim łóżku, nadal śpiąc? Jak dostałem się do łóżka Louis’a? Co w ogóle robiłem
w łóżku tego chłopaka?!
Znów
potarłem skronie, gdy ból rozszedł się w mojej głowie. Jęknąłem cicho, ale
natychmiast zamilkłem, bo chłopak przekręcił się w śnie. Poczułem jak jego noga
przycisnęła się do mojej. Zadrżałem na ten kontakt.
-
Cholera. – Wymamrotałem na wydechu.
Potrząsnąłem
głową i kontynuowałem masowanie swoich skroni. Wziąłem głęboki wdech,
przymykając oczy. – Myśl, Harry, co zdarzyło się zeszłej nocy? –
Wyszeptałem do siebie.
Ponownie
rozejrzałem się po pokoju. Sądząc po wpół opróżnionej szklance whiskey, leżącej
na stoliku, musiałem być kompletnie zalany.
Nie było
w tym jednak nic zaskakującego: 90% moich wyskoków było spowodowanych
pijaństwem.
Zmusiłem
się do skupienia na wczorajszych wydarzeniach: Louis i ja poszliśmy na drinki.
On płacił. Cholera, tak, on.
Wróciliśmy
do mieszkania. Nalałem kolejnego drinka. Wtedy coś się wydarzyło.
Poczułem
coś dziwnego w swoim brzuchu. Tak jakby coś w nim, kurwa,trzepotało. To
było dziwne uczucie.
Wiedziałem,
co to było. Już wcześniej mi się to przydarzyło. Dawno temu. Nie mogłem
ponownie na to pozwolić. Szczególnie, jeśli chodziło o Louis’a. Zbyt dużo złych
rzeczy działo się, kiedy uczucia przysłaniały moje poglądy. Nie. To nie mogło
się powtórzyć.
- Zbierz
się do kupy, kretynie. Myśl!
– Wymamrotałem znów, pochylając się do przodu i chowając twarz w dłoniach.
Poczułem
jak Louis ponownie się porusza, tym razem przekręcając się w moją stronę. Śledziłem
wzrokiem jego rysy: rzęsy, wyglądające, jakby były pociągnięte maskarą, kości
policzkowe, uwydatniające smukłość jego twarzy oraz jego jasne włosy, które
wydawały się sterczeć w moja stronę z jakiegoś dziwnego powodu, który
podświadomie znałem, ale odmawiałem sobie przyznać. Widziałem jego ramiona i
szyję, które bardziej się odsłoniły, gdy okrywająca go pościel się zsunęła.
Mój wzrok
utknął na jego szyi i zauważyłem ogromnej wielkości, ciemny ślad. Moje brwi
powędrowały do góry, zastanawiając się, co to do cholery jest. Przyjrzałem się
bliżej i zauważyłem, że był to siniak.
Ze śladami zębów, dookoła fioletowo-niebieskiej plamy.
Wtedy
moje serce naprawdę spadło w dół.
Nie.
Nie.
Nie.
- O mój
Boże. Kurwa! Cholera.
Flirtowałem
z Louis’em.
Wspomnienia
zaczęły powracać: sposób, w jaki na mnie patrzył zeszłej nocy, gdy byliśmy w
kuchni oraz w jaki ja prawdopodobnie
zerkałem w jego kierunku.
Głupi ja, całujący jego ramię i wtedy… Wtedy…
Pocałowałem
go. Pocałowałem go i pozwoliłem, aby on pocałował mnie. Jeśli dobrze pamiętam,
Louis nie miał problemu z oddaniem tej pieszczoty.
Byliśmy
do siebie niemalże przyklejeni, wchodząc po schodach, a następnie do jego
pokoju. Pamiętam jak popchnąłem go na łóżko – usiadłem na nim. O mój Boże… Uwiodłem go.
- Cholera.
Potrzebowałem
pieprzonego papierosa.
Wstałem i
zacząłem krążyć po pokoju, szarpiąc swoje włosy oraz przecierając twarz rękoma.
- Co
jest, kurwa?! – Krzyknąłem
do siebie.
Poczułem
nagle podmuch w dolnych częściach swojego ciała. Opuściłem powoli wzrok,
przygotowując się na kolejny horror.
Byłem,
kurwa, nagi.
Ja
pierdolę.
Chuj.
Kurwa. Pizda. Szmata.
Byłem
nagi.
Czy, czy
my…?
- Nie. –
Powiedziałem do siebie. – Oczywiście, że nie. Zawsze śpię nago. To nic nowego. – To
była prawda - niezależnie od tego, czy spałem sam, czy z którymś z chłopaków.
Ubrania nigdy nie wchodziły w grę, jeśli chodziło o spanie.
Wracając
do tematu, Louis obrócił się we śnie, pokazując swoje plecy, na których było
więcej mniejszych siniaków.
Jęknąłem
i podszedłem do łóżka, siadając na nim i chwytając kołdrę. Zamknąłem oczy,
przygotowując się na najgorsze, a następnie uniosłem przykrycie, zaglądając pod
spód, by spojrzeć na bieliznę Louisa.
Miał na
sobie te same bokserki, które posiadał zeszłej nocy.
Westchnąłem
z ulgą i oparłem głowę o zagłówek. Po chwili jednak drgnąłem, czując zalewający
mnie żal.
Cholera,
dlaczego się nie przespaliśmy? Ja jestem przystojnym
facetem. Louis też nie jest zły. Więc w czym był problem? To przeze mnie? Czy
przez niego?
Spojrzałem
na śpiącego mężczyznę, a następnie przewróciłem oczami, myśląc o jego
osobowości.
Nie, oczywiście, że to nie przeze
mnie. Nigdy nie przepuściłbym dobrego pieprzenia. Niezależnie od tego, z kim
bym to zrobił oraz jak bardzo byłbym zalany.
To
musiało być jego wina. Dobry chłopak – pieprzony, dobry samarytanin. Prawiczek.
Pewnie powstrzymał mnie, albo siebie, zanim jakiekolwiek ubrania opadły.
Tak,
pewnie tak to się potoczyło.
Z
zamyślenia wyrwał mnie głośny dzwonek dochodzący z mojej sypialni. Spojrzałem
szybko na Louis’a, upewniając się, że ten wciąż śpi, zanim wszedłem do swojego
pokoju. Podniosłem stos ubrań, które leżały na podłodze i odrzuciłem je na bok.
Odebrałem szybko telefon, bez patrzenia na identyfikację nadawcy, tylko po to,
by uciszyć irytujący dzwonek.
- Co? – Warknąłem automatycznie
do telefonu, starając się mówić cicho pomimo, że mój pokój znajdował się kilka
dobrych metrów od Louis’a.
- Zaczęła
się apokalipsa? Harry Styles odbiera swój telefon? Świat naprawdęmusi zmierzać ku
końcowi.
Przewróciłem
oczami, słysząc znajomy głos na drugim końcu linii. – Czemu zawdzięczam tę
przyjemność, wujku Simon’ie?
Usłyszałem
jak Simon wzdycha i poczułem zalewającą mnie falę winy. Wiedziałem, że moje
relacje z Simon’em dramatycznie zmieniły się w ciągu ostatnich dziewięciu
miesięcy i ja również się zmieniłem. Z tą zmianą pojawiła się u mnie zdolność
do zakopywania swoich emocji i zastępowania ich zimną maską, a także
emocjonalnością godną łyżeczki.
Łatwiej
było zapobiegać bólowi, z którym sobie nie radziłem.
Simon
odchrząknął i kontynuował. – Piosenka.
W mojej
głowie pojawiła się pustka. – Jaka piosenka?
-
Piosenka, którą ty i Louis mieliście napisać. – Powiedział Simon. W jego
głębokim głosie słychać było natarczywość.
Nagle
załapałem. – Oh, jasne. To.
– Myśl o piosence nie przyszła mi do głowy, odkąd otrzymaliśmy to zadanie.
Głównie dlatego, że było ono proste i nie wymagało zbyt wiele myślenia.
Inna
część mnie nie myślała o pisaniu utworu, ponieważ nie chciałem go napisać. Pisanie tekstów było dla
mnie jak oddychanie, jednak zawsze miałem do tego partnera.
Więc
jeśli pisanie jest jak oddychanie, a ja potrzebowałem partnera – którego nie
miałem – jak mogłem cokolwiek stworzyć?
Odpowiedź? Nie mogłem.
Dlaczego
zapomniałem o piosence?
- Tak.
Jak idzie? – Zapytał Simon z nutą nadziei w głosie. Wiedziałem, że miał na
myśli nie tylko piosenkę – pytał też o mieszkanie z Louis’em.
Potarłem
kark, a następnie spojrzałem na Louisa przez otwarte drzwi. Moje serce
natychmiast zaczęło szybciej bić.
Zmarszczyłem
brwi, zmuszając się do zastąpienia łaskoczącego uczucia w swoim brzuchu czymś
innym. Czymś, co mogłem bez problemu skierować w stronę Simon’a.
Irytacją.
Sobą?
Rzadko. Simon’em? Zawsze.
- W
porządku. To tylko piosenka. Mogę ją napisać przez sen! Nie masz się co spinać.
– Powiedziałem przekonywująco.
- Więc dlaczego
nie dotarły do mnie pierwsze szkice? Powinieneś ją napisać razem z Louis’em. –
Przypomniał mi.
Przewróciłem
oczami. Moje ego zaczynało mną kierować. Jasne, Louis był znany jako dobry
tekściarz, ale nigdy nie widziałem na to żadnego dowodu. Simon wydawał się mieć
moc do brania nieznanych ludzi i przekształcania ich w światowe pop gwiazdy.
W końcu
to właśnie zrobił z One Direction.
- Mam
lepsze i bardziej interesujące rzeczy, niż pisanie piosenki z Louis’em, którego
doświadczenie jest równe zeru. – Gdy rzuciłem ten komentarz, znów zalało mnie
poczucie winy i tym razem trudniej było mi je zignorować. Dlatego, że obrażałem
Louis’a? Przez to, co się wydarzyło, albo nie wydarzyło, z nim zeszłej nocy?
Potrząsnąłem
głową. Niezależnie do tego, skąd to się wzięło, musiałem się tegopozbyć. Musiałem zakopać to w sobie tak głęboko, żebym nie
wiedział o jegoistnieniu.
Rozejrzałem się gwałtownie dookoła i zauważyłem paczkę papierosów oraz
zapalniczkę.
Sięgnąłem
po rzeczy, a następnie pokierowałem się na dół po schodach. Wyszedłem na
zewnątrz, wciąż kontynuując rozmowę z Simon’em. – Musisz wiedzieć, że Louis
wygrał kilka różnych konkursów tekściarskich, a na przesłuchaniu pojawił się z
piosenką, którą napisał!
Wyciągnąłem
papierosa z paczki i zapaliłem go, zaciągając się nim głęboko i wypuszczając
chmurę gęstego, ciemnego dymu. Uśmiechnąłem się do siebie, pozwalając, by dym
wypełnił moje ciało, wydmuchując przez filtr wszystkie swoje emocje.
Czy to
znowu była wina?
- Nie
obchodzi mnie co zrobił. – Rzuciłem. – Niczego mi nie udowodnił, więc w moich
oczach wciąż jest amatorem.
Simon
jęknął. – Ciężko cię przekonać.
- To coś
złego?
Simon
zamilkł na chwilę. – To czyni cię irytującym.
Parsknąłem.
– Czyż nie zawsze taki byłem?
Odpowiedź
Simon’a przyszła szybciej niż się spodziewałem, bez zawahania. – Nie, nie
byłeś.
Wiedziałem,
że wpadłem. Mój sarkazm przeważnie zaginał chłopaków, ale wciąż nie byłem w
stanie pobić Simon’a. Znał mnie zbyt dobrze. To nie tak, że chłopcy mnie nie
znali tak jak on, ale Simon obserwował mnie, gdy stawałem się tym, kim jestem
teraz. Reszta chłopców interesowała się tylko sobą. Simon zaś widział wszystko
i wszystkich.
Wziąłem
głęboki wdech i strzepałem papierosa. – No cóż, rzeczy się zmieniają.
- Jak
ludzie? – Dokończył Simon sfrustrowanym tonem.
-
Dokładnie. – Powiedziałem, uśmiechając się kącikiem ust, gdyż słowa te
skojarzyły mi się z Zayn’em.
-
Słuchaj. Niezależnie od tego, czy się zmieniłeś, czy nie, piosenka musi być
napisana. Jedną rzecz wiem na pewno – nie przestałeś kochać pisać utworów.
Moje
serce opadło – to była prawda, nie przestałem. To była część mnie. Pisanie
piosenek stanowiło jeden z powodów, dla którego bycie w One Direction wciąż
było rzeczą, która chociaż w minimalnym stopniu mnie uszczęśliwiała.
- Do
czego zmierzasz? – Zapytałem zirytowany.
-
Piosenka musi być napisana do końca miesiąca. Dzisiaj jest czternasty, dlatego
musi być skończona w dwa tygodnie.
Wypuściłem
z ust kolejny obłok dymu. – Z jakiej okazji? – Zapytałem.
- Waszego
pierwszego występu z Louis’em. Napiszesz z nim piosenkę, a on ją wykona. To dla
niego świetne wprowadzenie.
- Więc
dlaczego on jej nie napisze?! Jeśli jest taki wspaniały, niech sam to zrobi! To
jego utwór, więc dlaczego ja mam pomagać?
-
Ponieważ, Harry, jesteś liderem tej grupy, niezależnie od tego, czy w to
wierzysz, czy nie. Fani cię szanują i wiedzą, że napisałeś wiele piosenek na
ostatni album. Będą tego po tobie oczekiwać. Posiadasz również ogromny talent.
Z waszej współpracy może wyjść świetna piosenka.
Jęknąłem,
pocierając skronie. Naprawdę nie miałem teraz ochoty sprzeczać się z Simon’em –
mój papieros się wypalał, a w moim mieszkaniu był półnagi facet, który teraz
pewnie zastanawiał się, gdzie, do cholery, się podziewałem. Zdając sobie
sprawę, że wcale nie chciałem wracać do mieszkania, wiedziałem, że lepiej
stawić czoło Louis’owi niż kontynuować sprzeczkę z Simon’em przez telefon.
- Dobra.
Nieważne. Napiszę ją z nim pod koniec tygodnia, ale tylko tym razem, jasne?
Simon
wahał się, jakby nie chciał zgodzić się na moje żądanie. Jednak wiedziałem, że,
podobnie jak ja, wcale nie miał ochoty kontynuować tej rozmowy.
-
Świetnie. Przefaksuj mi ją, gdy skończycie.
- Dobra.
Kiedy
usłyszałem po drugiej stronie sygnał, również się rozłączyłem.
Wsadziłem
swój telefon do kieszeni i zaciągnąłem się ostatni raz papierosem, po czym
rzuciłem go na ziemię i przydreptałem. Obróciłem się na pięcie i wszedłem do
mieszkania.
Nie
chciałem myśleć o pisaniu tej cholernej piosenki z Louisem, który wciąż spał
półnagi, pokryty na całym ciele malinkami, będącymi moim dziełem.
Otworzyłem
drzwi tak cicho jak tylko potrafiłem i zamknąłem je w ten sam sposób, próbując
nie obudzić Louisa. Wiedziałem, że konfrontacja była nieunikniona, gdyż
mieszkaliśmy w jednym mieszkaniu, ale chciałem opóźnić ten moment, jak tylko
mogłem.
- Uh,
hej.
Na dźwięk
głosu Louis’a, odwróciłem w jego kierunku głowę, napotykając spojrzenie
chłopaka. Pewnie myślał, że się w niego wpatrywałem. Szczerze mówiąc, nie takie
były moje intencje, jednak nie potrafiłem się powstrzymać.
Odurzenie
alkoholem do stopnia czarnej dziury w pamięci i widok Louisa, śpiącego w łóżku,
nie dało się porównać wcześniej do niczego.
Louis był
dosyć przystojny. To była obiektywna opinia.
Był
trochę niższy ode mnie. Posiadał subtelny tors, któremu wciąż mogłem się
przyglądać, bo nie miał na sobie koszulki. Jego ramiona do niego pasowały. Usta
miał niepewnie zaciśnięte, jego wydatna szczęka prowokowała, by ją złapać, a
sterczące po nocy włosy wcale nie były mniej kuszące.
Wstałem i
odchrząknąłem. – Hej.
Nie
odezwał się, tylko wpatrywał we mnie, pustą od emocji twarzą, co było dziwne,
jak na niego. Cisza, wokół nas panująca, zaczęła mi przeszkadzać, dlatego
zdecydowałem się ją przerwać.
- Jak ci
się spało? – Zapytałem głupio, kompletnie bez sensu. Flirtowanie z tym
chłopakiem też nie było dla mnie czymś normalnym.
Louis
uśmiechnął się do mnie leniwie, a następnie skierował się do kuchni,
przeszukując szafki, w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. – W porządku, a tobie?
Skinąłem
głową. – Sypiałem lepiej.
Louis
uśmiechnął się pod nosem. – Jestem pewien.
Mruknąłem
i usiadłem na krześle, obserwując uważnie każdy ruch Louisa. Wciąż widziałem
malinki na jego szyi. Wziąłem głęboki wdech.
Równie
dobrze mogłem mieć to już za sobą.
- Więc,
em, przepraszam za, uh…
- Za co?
– Zapytał Louis urażonym tonem. – Jeśli mówisz o zeszłej nocy, no cóż. -
Przerwał – Ja nie żałuję.
Moje
źrenice rozszerzyły się ze zdziwienia. – Ty nie żałujesz. – Stwierdziłem z
pytającym tonem.
- Nie.
Nie żałuję.
-
Dlaczego? – Zapytałem, biorąc, ku mojemu zaskoczeniu, drżący wdech. Czy ja…
Denerwowałem się odpowiedzią?
Mój Boże.
-
Ponieważ… – Zaczął nonszalancko, nalewając sobie kubek wody. – Ja… Po prostu
nie, nie wiem. Nie żałuję.
- Humph.
– Mruknąłem głupio.
- A ty? –
Zapytał wyczekująco Louis.
- Co?
-
Żałujesz tego?
- Ja… -
Naprawdę nie wiedziałem. Czy żałowałem, że miałem obok siebie osobę, której
potrzebowałem? Nie. Czy żałowałem, że uczyniłem Louisa tą osobą – wykorzystując
go dla swoich potrzeb i lęków?
Moje
serce przyśpieszyło. Poczułem, jak oblała mnie fala winy. Tak, żałowałem tego.
W dodatku
fakt, że był to Louis.
Pomimo tego, jak bardzo go przeklinałem, prawdopodobnie go przerażałem i miałem
ochotę wyrwać te jego idealne włosy – nie oznaczało, że na to naprawdę
zasługiwał. Zdawałem sobie sprawę z tego, że nie powinienem robić mu piekła,
gdy przyjechał. Nie potrafiłem nic na to poradzić. Wiedziałem, że go krzywdzę,
mimo, że tego nie lubiłem. Świadomość, że go raniłem, była czymś okropnym.
Ludzie
mieli o mnie takie wyobrażenie – dla nich byłem czarnym charakterem, złym
chłopcem, czy też innym gównem. Tabloidy zawsze kreowały mnie na okropną osobę,
która pije, przeklina i gnębi ludzi.
To była
prawda. Zmieniłem się w potwora. Pomimo tego, że zachowywałem się jakbym nie miał serca, wiedziałem, że je
posiadam. Ono zawsze tam było. Bicie w mojej piersi, gdy siedziałem w
ciemnościach swojego pokoju, stale przypominało mi, że mam cholerne serce.
Nienawidziłem go.
Dlatego,
że przez ostatnie dziewięć miesięcy było okropnie roztrzaskane.
Wolałbym
je wyrzucić, niż trzymać w sobie strzępki, których nikt nie mógł pozbierać.
Louis
intensywnie się we mnie wpatrywał. Mógłbym mu łatwo o wszystkim powiedzieć oraz
być z nim szczery. Zresztą o to mi chodziło, nie? To jednak było za proste.
Proste, ale jednocześnie ciężko było mi być z nim szczerym, skoro ledwo ufałem
sobie.
Musiałem
powiedzieć Louisowi prawdę, chociaż wiedziałem, że ta szczerość go zrani.
- Tak.
Tak jak
przewidziałem, jego twarz pobladła, a klatka piersiowa opadła, jakby ktoś go
uderzył.
- Oh. –
Wydyszał w końcu.
- Yeah. –
Powiedziałem ostatecznie.
Otworzył
usta, chcąc coś dodać, ale po chwili je zamknął. Wiedziałem, że myśli nad tym,
co powiedzieć. Jego twarz była niczym ekran – przecinały ją wszystkie
wypełniające go emocje.
Zamknął usta,
po czym znowu je otworzył, w końcu znajdując słowa:
- Po
prostu pomyślałem…
Przerwał,
co mnie sfrustrowało. Jeśli chciał coś powiedzieć, Jezu Chryste, dlaczego nie
mógł tego zrobić?! Czego ode mnie oczekiwał? Czego ode mnie chciał? Uniosłem
głos, chociaż nie miałem tego w zamiarach. Nie potrafiłem jednak inaczej się
wyrazić.
-
Pomyślałeś, co? – Zapytałem szorstko. – Nic się nie zmieniło. Powygłupialiśmy
się, owszem, ale to nie znaczy, że zostaniemy kumplami… Czy coś. – Dokończyłem
szybko.
Widziałem
w oczach Louisa ból. W tym samym momencie poczułem ukłucie w klatce piersiowej.
Moje palce zacisnęły się w mojej kieszeni, natrafiając na paczkę papierosów.
Louis westchnął głęboko i spojrzał z rezygnacją w dół.
Tak,
naprawdę potrzebowałem papierosa. Musiałem to zakopać.
Zakopać
uczucia. Zakopać winę… Czy jakkolwiek nazywało się to nowe uczucie, którego nie potrafiłem
zidentyfikować.
-
Nieważne. – Powiedział w końcu Louis, unosząc głowę i posyłając mi wąski
uśmiech. – Idę, um, wziąć prysznic i wtedy…
Jęknąłem sfrustrowany.
– Ugh, czekaj. – Szczerzę mówiąc, nie chciałem żeby wychodził. Niezależnie od
tego, jak bardzo nie miałem ochoty na rozmowę z nim o tym, co się między nami
wydarzyło, nie chciałem, żeby odszedł.
- Yeah? –
Zapytał Louis.
Cholera.
Poczułem w głowie pustkę. Co miałem teraz, do cholery, powiedzieć?Oh, Louis.
Proszę, nie odchodź. Po prostu samolubnie chcę być w twojej obecności, żebym
nie czuł się już więcej samotny. Chcę być znowu z kimś. Tęsknię za kimś u
mojego boku.
Yeah,
pieprzyć to.
- Simon dzwonił.
– Powiedziałem. – Tak, dzwonił. Mówił, że musimy popracować nad piosenką. Kiedy
jesteś wolny? – Zapytałem szybko.
Louis z
rozbawieniem uniósł brew. – Mamy ten sam grafik, Harry. Robimy wszystko z
chłopakami, pamiętasz?
Chryste.
- Ha.
Jasne. Więc wieczorem?
Odchrząknął
i skinął głową, posyłając mi kolejny słaby uśmiech. – Jasne.
Śledziłem
go wzrokiem, gdy szedł w stronę schodów. Kiedy znalazł się poza zasięgiem
mojego wzroku, przetarłem twarz dłońmi.
Co ja, do cholery, wyprawiałem?
Subskrybuj:
Posty (Atom)